sto lat, Tomaszu.!
i bylo prawie tak jak chcialam.
upiłam się znacznie bardziej, ale nie ma nic przyjemniejszego, niż uspokoić kręcenie w głowie, kładąc ją na męskim ramieniu.
wódka, nalewka i wino. mieszanka powodująca zamieszanie świata.
dobrze było, dobrze.
.
10 lut 2010
9 lut 2010
A quick fix of melancholy.
to teraz rozliczmy się ze wszystkich nieczystości, wobec własnego ciała w lustrze, wobec ulverowych dźwięków.
widzę siebie pośród tych zgrzytów i trzasków.
nagie ciało otoczone szaro fioletową poświatą.
cień rzęs na policzkach.
puste butelki po winie.
próbuje nie delikatnie i nie powoli, ale nagle, drastycznie, szorstko, przybrać nową rolę.
mdłości i ból brzucha.
mdłości i ból głowy.
wszystkie zadrapania, przetarcia, zaczerwienienia, siniaki, utrzymują się na ciele uroczo dlugo.
skończyłam. teraz tylko dopiję herbatę, zaparzę nową, otworzę książkę.
...
widzę siebie pośród tych zgrzytów i trzasków.
nagie ciało otoczone szaro fioletową poświatą.
cień rzęs na policzkach.
puste butelki po winie.
próbuje nie delikatnie i nie powoli, ale nagle, drastycznie, szorstko, przybrać nową rolę.
mdłości i ból brzucha.
mdłości i ból głowy.
wszystkie zadrapania, przetarcia, zaczerwienienia, siniaki, utrzymują się na ciele uroczo dlugo.
skończyłam. teraz tylko dopiję herbatę, zaparzę nową, otworzę książkę.
...
ArchAngel
zapętlenie (jak tych sześciu ludzi, którym robi się niedobrze, sześć razy u Lyncha).
rubinowofioletowe usta od wina. medytacja nad śpiącym męskim ciałem.
złość na własne myśli-dla mojej osoby przecież nie ma przeznaczonych takich wartości.
jestem tylko ciałem. ciałem, czasem coś powiem, popatrzę z ukosa.
więcej niczym nie jestem.
wypowietrzenie i przepalenie.
sciagam ubrania ze zmarzniętego po spacerze ciała, wchodzę do ciepłej wody, korzystam, że nikogo nie ma w domu, zapalam papierosa w wannie.
przede mną cieżki, pijacki dzień (przynajmniej taka mam nadzieję).
nie zjem nic, więc upiję się bardziej.
zamknę oczy, więc do mnie przyjdziesz.
zawsze wtedy przychodzisz.
zapalimy razem papierosa, a potem się pomyśli.
nie, nie pomysli się. po prostu się zrobi.
wielu butelek wina, wielu papierosów.
jako takiego humoru.
tego sobie życzę w dzień urodzin Tomka.
rubinowofioletowe usta od wina. medytacja nad śpiącym męskim ciałem.
złość na własne myśli-dla mojej osoby przecież nie ma przeznaczonych takich wartości.
jestem tylko ciałem. ciałem, czasem coś powiem, popatrzę z ukosa.
więcej niczym nie jestem.
wypowietrzenie i przepalenie.
sciagam ubrania ze zmarzniętego po spacerze ciała, wchodzę do ciepłej wody, korzystam, że nikogo nie ma w domu, zapalam papierosa w wannie.
przede mną cieżki, pijacki dzień (przynajmniej taka mam nadzieję).
nie zjem nic, więc upiję się bardziej.
zamknę oczy, więc do mnie przyjdziesz.
zawsze wtedy przychodzisz.
zapalimy razem papierosa, a potem się pomyśli.
nie, nie pomysli się. po prostu się zrobi.
wielu butelek wina, wielu papierosów.
jako takiego humoru.
tego sobie życzę w dzień urodzin Tomka.
8 lut 2010
bonobo, znów!
przychodzi do nas, umieszcza się między kobiecym a męskim ciałem.
ma małe łapki, białe wąsy i ciepłe futro. czuje jak bije jego serce.
i budzę się lekko zszokowana, bo wolałabym o tym nie pamietać, dziwię się, że pamiętam, nawet nie mam co zapalić, żeby się doprowadzić do jako takiego stanu.
po przejściu do mojego pokoju z tamtego ze snu dopływają do mnie dźwięki. bonobo. że też nie miałam sobie czego włączyć na dobranoc. ładna dobra noc, nie ma co. ale jakoś wsiąkam w to i nie chcę wyłączyć. (mój last oszaleje!).
ciało się obraca, przewraca, zmienia ułożenie w milionach kombinacji.
nie będzie spało. tak postanowiło.
sięgam do książki. zanim wpływam w Paryż mija kilka, kilkanaście minut, w trakcie których przypominam sobie zapachy.. nieznośne.
lodówka, herbata mrożona, następnie czajnik, liściaste fusy, herbata, Norah Jones.
jeden album, potem znów (!) bonobo (tak jakbym była przeprogramowana).
znowu chowam się pod kołdrą, pod kocami, nad tym zmietym prześcieradle, chowam sie tu z tą samą książka pod pachą.
zasne wraz ze świtem, zobaczysz.
jutro buty, bank, jak sie uda w banku to papierosy. chciałabym też nową farbę na głowę.
we wtorek urodziny Tomka.
niech się wiele stanie. chcę wyjść ze skorupy, bo siedzenie w niej niewiele daje.
ma małe łapki, białe wąsy i ciepłe futro. czuje jak bije jego serce.
i budzę się lekko zszokowana, bo wolałabym o tym nie pamietać, dziwię się, że pamiętam, nawet nie mam co zapalić, żeby się doprowadzić do jako takiego stanu.
po przejściu do mojego pokoju z tamtego ze snu dopływają do mnie dźwięki. bonobo. że też nie miałam sobie czego włączyć na dobranoc. ładna dobra noc, nie ma co. ale jakoś wsiąkam w to i nie chcę wyłączyć. (mój last oszaleje!).
ciało się obraca, przewraca, zmienia ułożenie w milionach kombinacji.
nie będzie spało. tak postanowiło.
sięgam do książki. zanim wpływam w Paryż mija kilka, kilkanaście minut, w trakcie których przypominam sobie zapachy.. nieznośne.
lodówka, herbata mrożona, następnie czajnik, liściaste fusy, herbata, Norah Jones.
jeden album, potem znów (!) bonobo (tak jakbym była przeprogramowana).
znowu chowam się pod kołdrą, pod kocami, nad tym zmietym prześcieradle, chowam sie tu z tą samą książka pod pachą.
zasne wraz ze świtem, zobaczysz.
jutro buty, bank, jak sie uda w banku to papierosy. chciałabym też nową farbę na głowę.
we wtorek urodziny Tomka.
niech się wiele stanie. chcę wyjść ze skorupy, bo siedzenie w niej niewiele daje.
7 lut 2010
the velvet underground
zbieranie energii na wieczorny spacer.
co prawda nie mam papierosów, ani na papierosy, ale czasem trzeba i tak.
The Velvet Underground w słuchawkach i wpatruję się w obrazy tego miasta.
oglądam od wewnątrz i od zewnątrz swoją duszę.
swoja osobę.
do zachwytu tak strasznie daleko.
co prawda nie mam papierosów, ani na papierosy, ale czasem trzeba i tak.
The Velvet Underground w słuchawkach i wpatruję się w obrazy tego miasta.
oglądam od wewnątrz i od zewnątrz swoją duszę.
swoja osobę.
do zachwytu tak strasznie daleko.
venus in furs
Lśniące, lśniące buty ze skóry
Dziewczątko z biczem w ciemnościach
Przychodzi pośród dzwonów, twój sługa, nie opuszczaj go
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
Aksamitne grzechy towarzyszek ulicznych lamp
Prześladują odzienia, które włoży
Futro z gronostaja zdobi władczą
Severin, Severin oczekuje cię tam
Jestem zmęczony, jestem wyczerpany
Mógłbym spać i tysiąc lat
Tysiące snów, zdolnych mnie obudzić
Różne kolory, stworzone z łez
Całuj but z lśniącej, lśniącej skóry
Lśniąca skóra w ciemnościach
Język rzemieni, pas, który na ciebie czeka
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
Severin, Severin mówi ledwo dosłyszalnie
Severin na twym zgiętym kolanie
Posmakuj rzemienia, w nielekkiej miłości
Posmakuj rzemienia, teraz błagaj o mnie
Jestem zmęczony, jestem wyczerpany
Mógłbym spać i tysiąc lat
Tysiące snów, zdolnych mnie obudzić
Różne kolory, stworzone z łez
Lśniące, lśniące buty ze skóry
Dziewczątko z biczem w ciemnościach
Severin, twój sługa, przychodzi pośród dzwonów, nie opuszczaj go
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
Dziewczątko z biczem w ciemnościach
Przychodzi pośród dzwonów, twój sługa, nie opuszczaj go
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
Aksamitne grzechy towarzyszek ulicznych lamp
Prześladują odzienia, które włoży
Futro z gronostaja zdobi władczą
Severin, Severin oczekuje cię tam
Jestem zmęczony, jestem wyczerpany
Mógłbym spać i tysiąc lat
Tysiące snów, zdolnych mnie obudzić
Różne kolory, stworzone z łez
Całuj but z lśniącej, lśniącej skóry
Lśniąca skóra w ciemnościach
Język rzemieni, pas, który na ciebie czeka
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
Severin, Severin mówi ledwo dosłyszalnie
Severin na twym zgiętym kolanie
Posmakuj rzemienia, w nielekkiej miłości
Posmakuj rzemienia, teraz błagaj o mnie
Jestem zmęczony, jestem wyczerpany
Mógłbym spać i tysiąc lat
Tysiące snów, zdolnych mnie obudzić
Różne kolory, stworzone z łez
Lśniące, lśniące buty ze skóry
Dziewczątko z biczem w ciemnościach
Severin, twój sługa, przychodzi pośród dzwonów, nie opuszczaj go
Uderz, miła mistrzyni i ulecz jego serce
comayhem. psychomachia.
wystarczyło mocniej zacisnąć powieki i zdusić w sobie wszystkie swoje niby problemy, aby przypomniec sobie to, co się działo ze mna przed rokiem, z moim umsłem, z moimi myslami, duszą, ciałem, organizmem.
Sui Generis Umbra-Amok.
najskuteczniejszy album do doprowadzenia swiata wewnętrznego w stanie podobnym do tamtego.
jestem teraz tak jakby w trakcie odradzania się.
pech chciał, że teraz na Ciebie wpadłam.
upadłam. zabiłam się. umarłam.
zaraz wracam.
-
niech już nadejdzie wtorek.
Sui Generis Umbra-Amok.
najskuteczniejszy album do doprowadzenia swiata wewnętrznego w stanie podobnym do tamtego.
jestem teraz tak jakby w trakcie odradzania się.
pech chciał, że teraz na Ciebie wpadłam.
upadłam. zabiłam się. umarłam.
zaraz wracam.
-
niech już nadejdzie wtorek.
6 lut 2010
fasten your seatbelt
spojrzenie-prowokacja-atak
H.szkoda tylko, ze brakuje mi Mężczyzny.
K.mężczyzna zawsze się znajdzie. mi też brakuje.
H.
takiego, któremu ściągając swoje włosy z Jego swetra czułabym radość
a nie-mhm, fajnie, ale nie mam do Niego prawa
nienawidze tego czuc.
nienawidze czuc, ze nie powinnam byc zazdrosna
nienasycenie
nienasycenie
absolut
fenomen
uspokajam się herbatą i oglądam kolory i plamki na piórkach Pierzastego.
nie ma jeszcze imienia, muszę dojść do wspólnej racji z siostra i mamą.
jest zielony, długi samczy ogon ma łagodnie niebieski.
siedzi wystraszony w kącie, najwyraźniej brakuje mu brata i siostry.
osobisty zachwyt nad grafomanią oraz odkrywanie grafomanii braku.
marzenia o wiosnie, o lecie.
o autostopie i nieodkrytych zapachach.
zapuszczam się myslami zbyt daleko niepotrzebnie, na myśl mi przychodzą rzeczy zbyt przyjemne.
ostrożnie je zagluszam.
zapinam powoli wszystkie guziki, zasłaniam piersi, jego palce przesmykują się po moim obojczyku.
usta niby szukają moich warg, ale chciałby, żebym jedną nogą już była po drugiej stronie progu.
'poźno już'-nie każę mu tego mówić, wychodzę.
do domu doprowadza mnie joy division.
tutaj za to zostają mi stare , pachnące, żółte kartki książek.
książek, na których nie umiem nawet się skupić.
absolut
fenomen
uspokajam się herbatą i oglądam kolory i plamki na piórkach Pierzastego.
nie ma jeszcze imienia, muszę dojść do wspólnej racji z siostra i mamą.
jest zielony, długi samczy ogon ma łagodnie niebieski.
siedzi wystraszony w kącie, najwyraźniej brakuje mu brata i siostry.
osobisty zachwyt nad grafomanią oraz odkrywanie grafomanii braku.
marzenia o wiosnie, o lecie.
o autostopie i nieodkrytych zapachach.
zapuszczam się myslami zbyt daleko niepotrzebnie, na myśl mi przychodzą rzeczy zbyt przyjemne.
ostrożnie je zagluszam.
zapinam powoli wszystkie guziki, zasłaniam piersi, jego palce przesmykują się po moim obojczyku.
usta niby szukają moich warg, ale chciałby, żebym jedną nogą już była po drugiej stronie progu.
'poźno już'-nie każę mu tego mówić, wychodzę.
do domu doprowadza mnie joy division.
tutaj za to zostają mi stare , pachnące, żółte kartki książek.
książek, na których nie umiem nawet się skupić.
5 lut 2010
falling up
przeskok z 17 do 24.
szarości i czerwień, jeden mały punkcik czerwieni.
dzisiaj pierzasty trupek, delikatnie umieszczam go w swojej dłoni i dotykam skomplikowanego budową skrzydła.
tym razem jest mi trochę bardziej smutno, nawet nie jestem smutna, a wściekła.
bo włączam 'rewind', a On nie śpiewa. już wszystko jasne.
z dziesięciu zwierząt zostają nagle cztery.
-
collide-najbardziej ćpuńska muzyka pod słońcem.
gęsia skórka; nogi wystawione za okno.
telefon.
(Kraftwerk)
szarości i czerwień, jeden mały punkcik czerwieni.
dzisiaj pierzasty trupek, delikatnie umieszczam go w swojej dłoni i dotykam skomplikowanego budową skrzydła.
tym razem jest mi trochę bardziej smutno, nawet nie jestem smutna, a wściekła.
bo włączam 'rewind', a On nie śpiewa. już wszystko jasne.
z dziesięciu zwierząt zostają nagle cztery.
-
collide-najbardziej ćpuńska muzyka pod słońcem.
gęsia skórka; nogi wystawione za okno.
telefon.
(Kraftwerk)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




