.

.

16 kwi 2010

A.

proszę, otwórz drzwi siłą
połknęłam klucz, kiedy byłeś
nie myślałam, że kiedyś Cię nie będzie.

12 kwi 2010

wherever you may roam.

co najmniej cztery różne głosy. różne w barwie, różne w natężeniu dźwięków.
garstka tabletek na języku i szklanka wody z kranu.
różne, ale wszystkie dziwnie znajome dźwięki. 
faktura papieru różnych książek.
kiedy zasypiam kładzie się u moich nóg i szepcze prosto do brzucha te kilka znanych melodii, które łagodzą ból.
budzę się nagle i gwałtownie, w środku dnia.
wychodzę na spacer, towarzyszy mi pół papierosa.
dym wypływający z moich ust miesza się z duszną atmosferą.

znów ciało w słońcu, a mimo to nie czuje się lepiej.
wszystkie potrzebne kłamstwa są w powietrzu. złapałam je i wypiłam. 
na wystawioną przez Ciebie receptę.


11 kwi 2010

co powiesz, gdy poczujesz, że nie potrafisz czuć smutku, tylko wciąż narastająca wściekłość?
będziesz krzyczeć, wrzeszczeć, czy zamilkniesz jak ja? zamilkniesz na wieczność?
powiedziałeś mi kiedyś prawdę, czy tylko udawałeś, że rozumiesz?
czy naprawdę nie umiesz mi niczego uświadomić świadomie? Twoje przypadkowe gesty, manewry najpierw bawią, potem kłują.


gdy wychodzę nie potrafię zamknąć drzwi na klucz, dokładnie, zostawiam uchylone, obserwuję pozostawioną przez siebie sytuację, obserwuję Twoje ruchy, gesty ciała, które już o mnie zapomniały.
gdybym drzwi zamknęła pewnie bolałoby mniej.
szkoda, że mam taką cholerną ciągotę do autodestrukcji.

-chcesz poznać prawdę czy fałsz? -wychodzę z założenia, że milczenie jest złotem.

-chcesz poznać prawdę czy fałsz?
-wychodzę z założenia, że milczenie jest złotem.


jeśli milczenie jest złotem, to cały czas, który Ci ofiarowałam, tańcząc palcami na skórze tę, a nie inną melodię, o tym a nie innym tytule (the end), jest wart tyle, że za to mógłbyś ode mnie nie raz uciekać do kochanek lub miłości, a ja mogłabym kupić sobie dom i dwa koty, które pamiętały by, że wrócisz, wtedy, kiedy ja już zapominałabym powoli o Twoim istnieniu, a przypominałby mi tylko samotny sen.
znowu się pojawiasz w snach, pachniesz.
niemalże ze świętością wypalam ostatniego papierosa, patrzę na deszcz, który moczy parapet.
przecież wiem, że byłeś tylko moimi słowami, tylko nuconą w środku nocy melodią. skąd te kłujące spojrzenia?
nic nie znaczące liczby wpadają do uszu i nie mogą uciec przez zatrzaśnięte usta. 






10 kwi 2010

prelud deszczowy




''jeśli któregoś dnia pomniki zaczną gadać, to Mickiewicz wszystkim rozpowie, że byliśmy tamtej nocy razem, że kochalismy się szaleńczo na łożu z różnobarwnych bratków, że rozkoszy jęki ze snu wybudziły ptactwo...''

nie wiem, wciąż czekam, a to wciąż się zaplata, historia lubi się powtarzać, przestało pachnieć śniegiem, pachnie deszczem, ale inne jest już TO, bo teraz to tylko ja, sama.
zapadła na głupią chorobę cywilizacyjną, znowu pełna bezsiły. 
z aparatem pod pachą przemierzam miejsca nam znane. dokumentuję to wdrapując się na drzewa.
nie lubię, nie umiem załatwiać swoich spraw. 
chyba wolałabym być dzieckiem.
po co mi dorosłość, skoro nie umiem walczyć ze światem?
bo to już prawie rok, a ja wciąż siedzę z herbatą w domu i nie potrafię rozmawiać.
i teoretycznie nie mam racji - ale Ty nie wiesz. Ty możesz jedynie podejrzewać co robię z jedną nogą w kałuży.
nie pamiętasz, jak dziesięć lat temu stojąc na tarasie domku letniskowego krzyczałam, że Boga nie ma.
nie było Cię wtedy, kiedy ściskał moją dłoń po raz pierwszy słuchając Honeythiefa. i choć znasz tytoniowy zapach moich włosów i czasem mówię Ci więcej niż im wszystkim, choć o tym nie wiesz, zjawiłeś się po to, żeby uprzytomnić mi. w sposób przyjemny, acz bolesny. uprzytomnić, przypomnieć, pokazać - jak bardzo prosto jest zabawić się człowiekiem. 
potem przyszła ona, i choć nadal nie wiem kim jest dla mnie, potwierdziła tę tezę z uśmiechem na ustach, a potem złapała mnie za rękę i powiedziała: spróbuj, to takie zabawne.
nie potrafię - tak krzyczałam, kiedy ustami ktoś znów próbował mnie obudzić z tej koszmarnej fantasmagorii.
jeśli się nie nauczę znowu przegram, tak jak teraz. (omiatam wzrokiem Twoje ciało, po to, by na koniec zakłuć niebieskie oczy. i chociaż zapytasz czy coś się stało, z uśmiechem na ustach odpowiem, że nie, skądże. a Ty w to uwierzysz i uśmiechniesz się również, postoimy tak razem chwilę, może nawet zapalimy jeszcze jednego papierosa i pójdziesz, z melodią na ustach. a ja zasnę).
dzisiaj też zasnę, choć uprzedzanie wypadków w myślach temu nie sprzyja.
gdyby nie świadomość, że po tym będzie bolał mnie brzuch, to wypiłabym kubek ciepłego mleka, siedząc w oknie, może nawet paląc ostatniego papierosa, byłabym spacerem, byłabym jeziorem, wreszcie byłabym deszczem.

jutro będę nikim jeśli nie przezwyciężę po raz pierwszy swoich głupich fobii. 
wyjdę z domu z imieniem i nazwiskiem na twarzy.
wrócę i znowu owinę się kocem jak folią.
parujący kubek z fioletową herbatą w środku pod brodę.



9 kwi 2010

,

i tu nadszedł ten dzień, w którym mogę powiedzieć konkretnie: bywało lepiej, jest naprawdę beznadziejnie.












8 kwi 2010

.

włosy same zaplątują mi się w węzełki.
jutro czeka mnie romans z Kochanowskim, gdyby nie to, że jest to ostatni dzień na napisanie tej pracy, pewnie poszłabym na rower. pewnie poszłabym robić zdjęcia. pewnie poszłabym słać uśmiechy.
ale tak nie będzie, przykuję łokcie do blatu i pisać będę.
chyba że, na horyzoncie, ale to dopiero wieczorem, pojawi się papierosowa opcja.
nie idę na koncert, ale to nie znaczy, że nie mogę pić przed koncertem.


przede mną noc, długa i szeroka, spać będę bez ograniczeń, a jutro wrócę do zwyczajnego oszukiwania świata, że wcale mnie to nie martwi, że tak naprawdę mam nieograniczoną ilość energii, radości i szczęścia.
martwienie się w czterech ścianach, może i jest dla mnie, ale nie taką porą roku, nie przy takim słońcu.
równie dobrze mogę pomysleć o tym wszystkich siedząc w kucki na polanie na Woli i patrząc na to miasto z góry, dzierżąc w prawicy butelkę wina i zaciągając się jakiejś dobrej marki papierosem, smiejąc się przy tym z dowcipów, opowiadając sobie historie. 
wszystkie książki nieprzeczytane, wszystkie albumy nieprzesłuchane, wszystkie zaliczenia nie pozaliczane. dopiero dzisiaj przypomniało mi się, że muszę złozyć wniosek o dowód, dowód odebrać, zapisać się do grodzkiego urzędu pracy, znaleźć pracę, zarobić poważne pieniądze, oddać długi i móc powiedzieć wrreszcie na końcu, że nie jest źle.
jeszcze nie wiem czy to jest wykonalne, w moim wykonaniu pewnie nie do końca, moje lenistwo, które do tej pory było atutem, zaczęło być przeszkodą i w dodatku właśnie przeżywam jego apogeum.


podejscie pt. 'będzie natchnienia-będzie praca' właśnie straciło sens. natchnienie odeszło wraz z nadejściem cieplejszych dni zanim zdążyłam się nim natchnąć, i raczej nie zakładam takiej możliwości, żeby wróciło.
teraz praca musi wyjść z niczego - jak boska - lub pozostaje mi czekać na kolejne natchnienie. 
myślę, że to pierwsze jest mimo wszystko bardziej możliwe.



7 kwi 2010

Fr

Kacha Godwill

Bonsai





i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry



Ty i ja - ofiary przedwcześnie obciętej pępowiny 

mając lat dwadzieścia parę moczymy prześcieradła 
Ty i ja chowamy nasze ręce głęboko w kieszeniach 
wstydząc się przed światem kciuków wyssanych aż po kość 
i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry 
ty i ja uzależnieni od ciepłych głosów psychologów 
czujemy się prawdziwie bezpieczni w zacisznych gabinetach 
a gdy mamy problemy z zaśnięciem pomimo zmęczenia 
połykamy jak najprędzej sztuczny sen w niebieskiej polewie 

i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry