.

.

23 maj 2010

right in two

wystarczyłbyś mi. ręce mam puste, wciąż mi z nich upadają -wszyscy coś warci, mniej warci i niewarci w ogóle mężczyźni.
przekładając to na język Kobiet mi współczesnych to słowa rozwaliły mnie i teraz siedzę i czekam na realizację tych obietnic literatury.
wydaje mi się, deszcz mi się wydaje.
chmury zżarły mi dzisiaj co najmniej pół ciała.
wyjechałabym gdzieś, daleko stąd.
nie chcę sama, ale nie chcę się też bawić.
wisi na ścianie. patrzy.

możesz mówić i myśleć przecież co chcesz.
zanurzam głowę w ciepłą wodę i wszystko jest wyraźniejsze za zamkniętymi oczami.
moi. mua.





21 maj 2010

maybe we should all just praying for time

zastygam, na podwórku znowu pachnie słońcem.
'Wracam znów nad ranem nie wiem skąd
Muszę gdzieś się skryć'.
jest już o wiele za późno, a ja wciąż poddaję się różnym próbom.
co mnie irytuje? fakt, że nie potrafię sięgnąć, czy to, że gdy już sięgam, to się wyrywa?
jestem zmęczona, znudzona ciągłym wyrywaniem, zrywaniem, zarywaniem nocy.

nie umiem nie okazywać tego, co czuję.
a ponieważ panicznie się tego boję - siedzę w domu.




miłość w czasach braku kultury i seks w pozycjach na łeb, na szyję.

04:05
najdziwniejsze są pragnienia.
deszcz po kostki, kolana, pas.
dym papierosa, który okrężną drogą wędruje do moich płuc.
i pamięć, która, choć pamięta twarze, w reszcie często zwodzi.
zanim się przyzwyczaję minie kolejne życie, więc nie chcę czekać.
nie muszę się najpierw przyzwyczajać, przyjdzie z czasem.
nie wierz, że sobie poradzę. pomóż. 


nie podoba mi się to co wymyślają przed moimi oczami.
zamykam oczy i wyciągam ręce. 
za lekko by zapadać.
zbyt w okolicach piersi, żeby się wychylać, wyginać.
co to jest ten łomot i niepokój w okolicach  piersi? [pytanie do matki].
gorąco nam w pościeli, więc otwieramy okna wpuszczając w tę intymność deszczową mgłę i wydychaną przez przechodniów woń świeżo zapalanych papierosów. o świcie pachnie właśnie nimi, deszczem, herbatami, kawami; seksem, miłością, feromonami, endorfinami z Twoich przymrużonych oczu, radością, z Twoich ust, do mojego ucha, przez moje usta śmiechem.
a potem papieros i herbata, tym razem w moich ustach, zapach dopełnia się smakiem, potem ciało, potem ... 


05:12
potem budzę się.
otwieram okno, wpuszczam deszczową mgłę i zapalam ostatniego papierosa wypijając resztki zimnej już wczorajszej herbaty.


INQUISITION SYMPHONY


05:15+
najdziwniejsze są pragnienia.
nieraz bardzo przypadkowe.
dawno (może nigdy) nie miałam na sobie białej koszuli przed 6 rano.




















20 maj 2010

Moonlight Drive

nie chciałabym odczuwać nadmiernych potrzeb.
tak jak mężczyźni piszący wiersze. 
nie krzyczę, wiatr rozproszy stan myśli.
wpatrzone oczy , wzrok płynący po pustyni, samochód w piasku.
ciemnie ciemne okulary okulary szkło
ludzie krzyczą na ulicach
nie patrzeć w lustro szkło
za oknem szkło tłuką się butelki szkło
boję się niepokoju
boję się tłumu
boję się płynąć, kiedy od pisków nie mogę oddychać.
duszność dopada tylko słabość, więc czuję słabo.
zgłaszam się po ratunek, z uśmiechem na ustach.
i nie ma spokoju, nie przychodzi.
nie mogę sobie teraz pozwolić na roztrój.
dlaczego wciąż potrzebuję ognia?
parzenie się stało się niemal przyjemne. 

18 maj 2010

A Necessary End. Ghost of Perdition.





 SALTILLO - A NECESSARY END

 OPETH - GHOST OF PERDITION



zatamowałeś rozwój wiosny, teraz mokra słoność odbija się od chodników pod kołami roweru.
Kraków zalany deszczem, którego za dużo, nawet dla mnie.

zawitałam w siebie, od wewnątrz, do wewnątrz.
okrutny głód nikotynowy.

z ł e   w i z j e . 
z ł e   m i s i e .
z ł e   m i   s i ę   ś n i .


czemu to robisz przestań nie przestawaj
czemu się budzę zostaw nie zasypiaj
kłócę swoje własne niepokoje
włączam je, słucham ich, trawię je.
i choć nie myślę o nich, one same się myślą.
w mojej głowie.


wyrzuć
złap
zgwałć
wypal
zniszcz
zdepcz
znieważ
wyrzuć
złap
zgwałć
...


cześć, zapłaciłam, wypaliłam, zgasiłam, poleciało za okno.
im dłużej patrzę tym bardziej moknę i choć nie mogę się powstrzymać od myśli, że to nie może być dobry pomysł, to napawa mnie to takim strachem i adrenaliną, podnieceniem, że składam ręce, podpieram głowę i nie wiem co robić.
Wisła wylała, a jak nigdy mam ochotę siąść sobie na bulwarach na ławce, zapalić, pomyśleć, odpłynąć... nie to nie jest dobre słowo.
pachnie to wszystko jakoś tak przyjemnie, jakby znajomo, ale nie pamiętam.
czy to tylko potrzeba?
czy ja już nie umiem mówić wprost?

17 maj 2010

deszcz wypala mi dziurę w myśleniu.
skończyła mi się lychee, skończył się earl grey, ale brakuje mi papierosa jeszcze.
ciepło, ufam.
naprawdę.


jeszcze kilka tygodni, puste butelki po winie, puste paczki po papierosach;
zobaczyłeś światło, więc przyszedłeś, zadzwoniłeś i otworzyłam. nie przyszedłeś rozmawiać, nie przyszedłeś się kłócić, nie przeszedłeś prowadzić odwiecznej wojny.
Ty przyszedłeś się kochać.


smakujesz jak sok z białych winogron. spokojny zapach wypełnia moje myśli.
ostatecznie przecież będzie jak zawsze. 

crave Y.

wszystko jest takie ciche podczas tych poranków z Myslovitz albo tych wieczorów z Joy Division.
lubię to miasto, cicho szemrzące samochodami gdzieś za oknem.
nie zajmiesz mnie stukotem obcasów.
pochłonięta zapachem dźwięku, w dżinsach, rozciągniętym swetrze, przemoczonych butach, bez parasola, z zapożyczonym parasolem - będę szukać aż znajdę. może nie będzie to wiara, może tylko uśmiech. może Twój, bo to już jest różnica. naznaczasz. 
spakowałam emocjonalną walizkę na dzień przed. rozwaliła się i już nie chce się zamykać.
nie wiem co mnie spotkało. nienawiść? brzydkie i złe słowo.
owiane smrodem wiosennej Wisły, tłuczone szkło, firanka, prześcieradło, sweter, włosy skóra, kropka.
chce mi się tak bardzo palić, że odchodzę od zmysłów i nie wiem co pisze.
moja wola stała się waleczną suką, a ja stoję po drugiej stronie barykady. prędzej pozwoli o sobie zapomnieć niż z siebie skorzystać.
powinnam iść spać, choć nie chcę. ostatnio sypiam po cztery godziny na dwie doby, o ile w ogóle, i to jakimi popołudniami. noce już robią się nudne, ale porankiem wychodzę gdzieś, gdzie powinnam czuć się spokojna.
jednak ten zapach przyprawia mnie o mdłości, cisza piszczy mi w głowie, a czas jest wolny jak nigdy.
jestem jak nowa ja - Ona. szkoda, ze mi się nie podoba. coś czuję, że cieżko nam będzie się polubić.
na spokojnie, lekko industrialnie, z Rojkiem i Beatlesami - żegnam wszystkich gorąco i zakopuje w myslach.
ej, nie mów mi, żebym przestała mysleć. spraw, żeby tak było.


oddam królestwo za paczkę fajek. nikotyna, tyotoń, dym, zapach potrzebne teraz tak okropnie okrutnie bardzo...

15 maj 2010

herbaciane odmiany ekshibicjonizmu.

1.
nienawidzę, kiedy nie odbierasz telefonu.
wszystkie możliwe limity już wyczerpane, zwłaszcza bezsenność. otwieram oczy, mgła, jakieś dźwięki dochodzące z komputera, wszystko mi nic nie mówi, ewentualnie mówi tak mało, że wysilam się na jakieś tandetne coelhowe metafory.. przecież to nie ja. przecież te zachowania nie są w moim stylu, muszę przyznać, że nie jestem z tego dumna. a że naprawianie nie jest moja mocną stroną, to będę musiała się odwrócić.
szkoda, bo lubię.


nienawidzę, tego odbierz, potrzebuję na spacer. udawać, że nie chcę Ci powiedzieć, ale kiedy Ty i tak nic nie zauważysz, to stanę na środku i wypowiem wszystko po kolei, słowo za słowem. 
bywało gorzej.


opethowe barwy śnię na jawie, na psychodelicznym niewyspaniu.







2. już nie. już bardzo nie.
to dobrze. nie lubię Cię wiosną.
i będzie tak jak chciałeś.