medycyna jeszcze nie wie o moim istnieniu, ale jestem. i siedzę w tym ciele.
zapiski na prośbę lekarza (cóż za durnota), a, że nie lubie zeszytów, to jestem.
[podrapał mnie Kot, krwawię na klawiaturę.]
dobrze wiesz, że wiem, kim jesteś. równie dobrze mogłabym to przekopiować i wysłać prosto do Ciebie.
ale nie mogę. w raju chyba nie mają e-maila. ale za to Ty masz. i Ty też. nie chce mi się kopiować, i tak wszyscy walicie sobie konia nad moim życiem. kropka w kropkę tacy sami. mechaniczni, wasza sperma smakuje jak ołów, wasze języki zachowują się jak ryby wyciągnięte z wody.
mój lekarz też jest mężczyzną, więc serdecznie go pozdrawiam. nie jest stary, ale widać, że ma doświadczenie. dlatego też zdziwiło mnie, że nie umie powiedzieć mi o mnie nic, czego sama bym nie wiedziała, w dodatku chce mnie obserwować, jak małpę w zoo, bo jeszcze nie umie niczego sprecyzować. dobrze, że jestem dorosła. inaczej pewnie nakazał by mojej mamie pochować wszystkie ostre narzędzia w domu i przeszukać mój pokój w poszukiwaniu śladów ćpania. a ona by to zrobiła. jakb co najmniej miało mi pomóc.
więc póki co siedzę sobie przed komputerem, z wódką przy boku i stukam. z dziką satysfacją patrzę na szufladę, w której schowałam nadchodzącą kolorową noc. uśmiecham się do Niej. obie jesteśmy piękne.
chcesz poznać moją chorobę, Doktorku? chciałabym Ci cokolwiek przybliżyć i powiedzieć kiedy się zaczęła. nie wiem. może wtedy kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po żyletkę. może kiedy po raz pierwszy zaćpałam. może kiedy On umarł. może kiedy poroniłam. nie wiem.
znasz Kielce? nigdy nie podobało mi się to miasto, ale niewiele właściwie widziałam. dworzec pkp (pięknie kurwa, pięknie) i trochę widoków z autobusu. w sumie nic nie pamiętam, byłam zbyt zajęta Nim. kochałeś kiedyś, Doktorku? patrzyłeś na kogoś i tak kochałeś, że aż bolało? to był mój pierwszy raz. jak w galerii zapachów, ten pierwszy, najwyższa półka po lewej stronie. nic nie poradzę na to jak krótkie to było, mogę tylko cieszyć się, że tak intensywne. jeśli kochałeś wyobraź sobie utratę absolutną. śmierć. nie ma, koniec, pustka.
był jedynym mężczyzną, który zapytał mnie czy chciałabym mieć z Nim dzieci. był bezpłodny.
potem chorowałam. całe 19 miesięcy.
ratuj mnie, Doktorku. nie chcę powtórki, a już się zaczęło. wystarczyło mi te kilka miesięcy teraz, przewartościowanie wszystkiego, zaleczone rany, na których zaczął pojawiać się nowy ból, kochałam Go tak, że aż bolało, znów. stało się, choć nie wierzyłam.
uciekło, w najokrutniejszy sposób. zamienione w nienawiść wytworzyło agresję, autoagresję również. chcesz zobaczyć moje prawo udo?
pytasz o to? tak, to litera.
i poroniłam. znowu utrata wszystkiego i śmierć.
i znowu się zaczyna. znowu. chcesz znać szczegóły? chcesz specyfikacje?
czytałam, nie znalazłam. jakbym była pocięta i każda część mojej choroby była wyrwana z innej. nie wiem, może nie istnieję. może mnie nie ma, może to wymysł.
pokaże Ci Maj.
4
jestem w dziurze. dziura się otwiera ukazując swe bogactwa. korzystam z nich, jestem pełniejszym o pustkę istnieniem. zapisuję swe zeszyty, skanuję je i korzystam z nich - są wypełnione ćpaniem, wierszami, myślami, pretensjami - przede wszystkim.
poznaję ludzi. pijanych, na fazie, nieważne. bogactwo pustki. dotyka mnie, wypełnia, wchodzę w to. wiem wszytsko, rysuję wykresy pojawiajace się w mojej głowie.
9
Pękały mi oczy. Nie było nic piękniejszego poza tą świadomością, że już się obudził i czuwa. Wszystkie problemy nagle zostały zapomniane, jakbym wszystkim wybaczyła, wybaczyła sobie, i rozpoczęła na nowo. Zanim zdałam sobie z tego sprawę korzystałam z tego wrażenia. Całą dobę.
Leżał obok z przymrużonymi oczami. Marzyciel, wpół uśmiechnięty do moich na jego ciele dłoni.
Od wizyty w szpitalu przestałam poprawnie kontaktować. Albo zaczęłam, nie wiem. Ale tak jest lepiej. Te leki mnie wyczyszczają, robią ze mnie lepszą osobę. Nawet jesli nie jestem jeszcze w stanie żyć w społeczeństwie, to na pewno mogę w zgodzie z samą sobą.
Siatki założone w oknach pozwalają mi spać oddychając pełną piersią, a z drugiej strony gdy przesadzę ze środkami powstrzymują mnie przed chęcią wyskoczenia. No tak, takie chwile jeszcze się zdarzają. I wtedy zazwyczaj nie myślę o Nim. On mnie już nie interesuje jako obiekt uczucia, a wtedy gdy przesadzę w ogóle zostaje ze mnie wymazany (to cudowne uczucie, do którego chęć powrotu nakazuje mi znów przesadzać), raczej myślę o dziecku, które miało być, ale którego nie ma. To dziwne, że takie wydarzenie dopiero powoduje ranę kłutą serca. Co jest następstwem - rany cięte uda.
Wracając - te noce, kiedy leżymy są takie spokojne. Bezproblemowe. Myślę, ze gdybym Go kochała to właśnie za to.
Ale potrzebuję przerwy. Jeśli chcesz sklejać moje serce to poczekaj, aż do jasnej cholery wyschnie klej. A potem musi znowu zacząć bić. Obawiam się jednak, że tak samo może bić teraz już tylko dla dziecka. Jestem totalną wariatką. Wysiaduję na placach zabaw godzinami obserwując dzieciaki i ich rodziców. Nie wiem po co. Po prostu patrzę. Z oddalenia, żeby mnie nie karcili za palenie papierosów. Nie jestem wtedy sobą. Lubię nie być sobą. Nie bycie mną jest lepsze.
Potem przychodzę do Niego. Ma ciepłe, rozespane jeszcze ciało. Zapala świece, nalewa wino. Wypijam tylko odrobinę, nie potrzebuję wiele by się wstawić, a więcej mogłoby spowodować, że zemdleję. Zresztą - chcę tylko poczuć smak. Uwertura do Jego ciała.
Despite this cruel world.
You suprisde me just how perfect you are.
Przychodzą do mnie. Ciepłe, rozedgrane.
Czy tylko On ma pojęcie co się ze mną dzieje? Dlaczego nie bije mnie po twarzy gdy skacze do Niego z pięściami, naćpana oskarżając Go o wszystko? Dlaczego mnie przytula a potem wsadza pod ciepły strumień wody? Dlaczego przełącza kanał gdy na ekranie telewizora ukaże się rekin? Skąd wie, że dolewam zimnej wody do herbaty? Jak się domyślił, że wolę spać z lewej strony łożka? I dlaczego zawsze otwiera okno? Czy wyczytał z moich oczu, że dźwięk deszczu mnie podnieca? Dlaczego przygotowuje mi na śniadanie ulubioną miksturę zmieszanych dwóch soków? I podpala mi papierosa, każdego.
Znowu zaczęłam słuchać Halou. Nie wiem już czy to oznaka zakochania czy obłąkania, ale powiedzmy, że dwa w jednym. Zawsze to samo.
I stąd ta wizja. To pół roku było czarną dziurą w moim życiu, chwilą utratą świadomości. Może tego potrzebowałam, na pewno niefortunnie chciałam.
Nie wiem co może być piękniejszego od tej swiadomej czystości, którą w sobie teraz mam. W sobie lub na sobie. Nagie spacery w deszczu i przy księżycu. Spacery po ciele.
Przy
When I rich beyond myself.
Nie ma piękniejszych spacerów. Są tylko te przy sobie nawzajem i te przećpane w samotności. Szerokie źrenice i loty nad całym miastem. W lekkim chłodzie nocy. I wszystko należy do mnie. Całe to przećpane miasto, cały ten przerażony świat. Miliony oczu utkwione w gwiazdach i ja.
Wiolonczela, chłód pocałunków o świcie, budzących mnie z transu. Transu, nie snu. Chłód pocałunków omiatających podbrzusze.
Nie chcę się budzić. Chcę trwać.
Najsłodsze pocałunki na świecie. Odkrywamy je wzajemnie.
Zawsze się trochę tego bałam, ale to piękne.
Nocny patrol czuwa
Kroczy ochoczo
Zagląda do okien
Rozgląda się wokół
Wszystko w porządku
Więc od początku
Tam gdzie latarnie
Gdzie świateł blask.
Kochanie, to nie iluzja. To ja. Udawałam zdrową, by na kilka sekund stać się matką. Do końca życia lub też choroby będę opłakiwać ten utracony płód. Nie ojca. On był niewart niczego.
Całego uczucia, które ze mnie w jego stronę kiedykolwiek wypłynęło. Kilka miesięcy żywego, słodkiego oszustwa.
(Zapomnę Cię, jeżeli chcesz,
Jeżeli chcesz zapomnij też.
Nie będę szukał, nie będę pukał,
nie będę dzwonił, nie będę bronił Ci czegokolwiek.
Tak wierzę Ci, rozumiem że któś inny jest, skończyło się,
nie krzyczę: patrz, zachowam twarz.
Mam taki luz, wierz, pójdę już,
pójdę gdziekolwiek.
Powiedz mi tylko czemu w Twych oczach z łez się malują czarne witraże?
Co Cię tak boli skoro nie kochasz? Jaki się w Tobie zrywa sen?
Jakie sie w Tobie budzą pejzaże?
Skąd tyle ciepła w gotyckich oknach?
Tysiąc portetów na Twojej twarzy.
Co Cię tak boli skoro nie, skoro już mnie nie kochasz.
I jeszcze to powiem Ci, naprawdę chciałem z Tobą być,
lecz teraz wiem, kochałem źle.
Tak sądzisz? Cóż, wiesz pójdę już,
pójdę gdziekolwiek.
A jesli kiedyś najdą Cię myśli by wrócić powiem: nie,
nie będę grał, nie będę chciał,
pamiętaj, że nie znajdziesz mnie,
będę gdziekolwiek.
Powiedz mi tylko czemu w Twych oczach z łez się malują czarne witraże?
Co Cię tak boli skoro nie kochasz? Jaki się w Tobie zrywa sen?
Powiedz mi tylko dlaczego płaczesz za każdym razem kiedy uciekasz,
przecież wiesz dobrze, że Ci wybaczę.
Przecież wiesz, przecież dobrze wiesz,
przecież wiesz
Wiesz, że czekam.)
No kurwa. Mogłabym tak zaśpiewać jakiś czas temu, nie teraz. Teraz nie. Do połowy, może.
Poza tym, Kochanie.
Nie chciej znać prawdy, nigdy. Zabijaj.
Kwadrans po północy.
Zabijaj zabij teraz. Niech nie istnieje. Kilka razy i po krzyku. Nie ma.
Umarł w Tobie, a więc umarł naprawdę. Nic już nie ma i nie będzie.
Miłość to oszustwo, to iluzj,a.
Możemy się pieprzyć jak króliki. Możemy chodzić za rączkę. Możemy śmiać się do łez.
Jeśli kiedy Cię pokocham to ucieknę. Ucieknę, kochanie. Bo nie mogę sobie znowu na to pozwolić.
Leżał obok oddychając spokojnie jak przez sen, ale ja wiedziałam, że juz czuwa. Czuwa nad moim odchodzącym powoli transem. Nad moimi iluzjami w myślach.
Zaraz mnie pocałuje i zaniesie do łazienki, umyje mi plecy i zapyta o czym myślałam w trakcie.
"O gwiazdach" odpowiem, wcale nie kłamiąc.
Bo ja nie umiem kłamać. Boję się nawet mniej niż brzydzę.
Za to mogę być wdzięczna, Q. A raczej wszyscy ludzie, których dzięki temu doświadczeniu nie okłamię.
Przede mną kilka słodkich miesięcy. Potem będę bardziej gryzła i kopała niż całowała i przytulała. Efekt życia.
I forgot that I must see so many beautiful things.
Życie jest tak samo piękne jak śmierdzące. Teraz wszystko wywołuje u mnie wymioty. Od zapachu spalin po kawę. Spędzam dni czytając i pisząc, noce dotykając go i ćpając.
Jeszcze kilka miesięcy. I zobaczysz. Będę bardziej zdrowa lub bardziej chora. Poznasz we mnie różnicę.
("Chujnia hartuje" R.)
Zapewnioną mi największą chujnię w historii. Naprawdę, na przekór wszystkim, próbuję wyjść z twarzą. Za względu na to nie chowam jej w poduszkę, nie zasłaniam się męskim torsem i wszędzie chodzę sama. Wysoko unoszę brodę. Chowam ręce w kieszeni, bo trzęsą się tak, że pewnie wyglądam jak na delirce.
Powróciłam do bardzo stergo VACa, sięgnęłam po niego jak po najpiękniejszy lek i narkotyk w jednym. Efekt łączenia - znakomity. Godziny spędzone w łóżku - słodkie jak poziomki. U siebie czy u Ciebie, juz nie pamiętam. Nieważne. Moje ubrania pachną trochę Tobą, trochę mną. Na szczęście nie pamiętam już Jego zapachu. Ukrywa się tylko w moich perfumach z tamtych miesięcy. I szamponu, którego już nie chcę używać.
Czytam Kępińskiego i odnajduję tam trochę siebie.
" Demonizacja jest odwrotnością idealizacji - tu przedmiot uczucia jest symbolem cielesności, rozpętania zmysłów, złych sił itp. Jego moc przyciągania jest tak wielka, że nie można jej nie ulec, wszelki opór jest bezskuteczny, jest się pod działaniem magicznego uroku. Budzi on lęk, narasta świadomość, że idzie się do własnej zguby, ale jednocześnie pragnie się spalenia w ogniu miłosnego szału. Podobnie jak w idealizacji, przedmiotem uczucia może być dowolna osoba realna lub fikcyjna. (...) Ambiwalencja jest zjawiskiem normalnym w uczuciach erotycznych."
Znajdę sobie lekarza, on przepisze mi leki. Byleby mnie nie zamknęli, muszę się trochę podszkolić, choć możliwe, że nie ma wcale takiej potrzeby. Ale kto wie, nie będę ryzykować.
Będzie lepiej. Zabawniej. Na granicy szaleństwa. Ryzyko, powiesz. Być może. Głupota? Na pewno. Nie większa niż to co się i tak dzieje dookoła bez mojego udziału. Chcę tego mniejbardziej niż siebie samej, bo właśnie tyle jestem warta ile to co z siebie wyciągam. Taka introwertyczka (no, tak, miejcie sobie to mylne wrazenie, to, że lubię gadac nie znaczy że to jest wszystko i że jest prawdziwe) jak ja nie wyciąga wiele z siebie dla innych, mogłaby, ale już nie. Nie mam dla kogo, zostałam sobie sama. Więc zaplanowałam sobie wakacje. Wakacje na przemyślenie sobie całego życia, niezbędne podróże i załatwienie wszystkich potrzebnych spraw. Sporo tego, ale te cztery miesiące powinny w zupełności wystarczyć. Prawda?
Punkt pierwszy powinien być najgorszy i najmniej przyjemny, ale od czego jest odpoczynek w formie obcowania z drugim ciałem. Twoim ciałem.
Ta pociągająca blada chłodna chudość, w którą mogę uciec od krzyków i autoagresji jest kojąca.
To wszystko jest takie kojące, bezproblemowe.
Nie ma większego geniuszu poza to. Moja własna wewnętrzna rewolucja.
Nie wiedziałam, ze potrafię stać na zewnątrz tych wszystkich wydarzeń, spojrzeć na siebie z boku. Ujrzeć małe, rozedrgnane, bezsilne, wyniszczające się stworzenie, któremu możnaby garściami włosy z głowy wyrywać, a skórę miało koloru tynku.
Nie potrafię, nie mogę wygrać z chorobą, która jak rak rozprzestrzenia się w mojej głowie. Mogę tylko postarać się wyciąc znaczną jej część z głowy, wygrzebać łyżeczką do lodów. Jego.
Sam zadbał o to by się nie rozprzestrzeniać, więc pozostała część mózgu nie została zarażona. Ty zaś zadbałeś o resztę, dając mi znów poczucie bezpieczeństwa, oparcie, bliskość, ciepło. Tak bezinteresowne, że aż mi przeszkadzało. Tak, to moja wina, że postanowiłam Cię wykorzystać, bo było dobrze.
Love is like a sin, my love
For the ones that feels it the most
Look at her with her smile like a flame
She will love you like a fly will never love you again.
Ej, pamiętasz jak tak na Ciebie patrzyłam? Musialeś to tak odebrać. Rozbierałam Cię w myślach nie odrywając wzroku od Twoich bajkowych tęczówek, musiało to tak wyglądać. Drapałam Cię po karku, usilnie walcząc z chęcią pociągnięcia Cię za włosy i przyciągnięcia do siebie choćby na siłę. Nie, nie choćby, ale właśnie na siłę. Pragnęłam Cię zgwałcić, pamiętasz, tak to się zaczęło. Nie było niewinne, było gwałtowne i dzikie. Pół minuty potem śmiałam się zrozumiawszy, że wszystko jest prostsze. Prawdopodobnie leżeliśmy już wtedy na sobie.
Wiem dlaczego wcześniej się tak broniłam, Ty też wiesz. Jednak uwierz, że ucieknę, gdy Cię pokocham. Nie mogę pozwolić by to się stało. Nie chcę patrzeć jak odchodzisz, sama odejdę tym razem. Nie pozwolę Ci wcześniej zginąć czy wyjechać. Nie będzie tego znowu. To chyba logiczne.
Powiesz, że się Tobą bawię - w porządku. Możesz to tak nazwać. Dla mnie jesteś raczej terapią, formą leczenia, planszą ćwiczeń. Dobrze wiesz, że pomożesz mi zniszczyć się doszczętnie, a potem odwykować. Kiedy będzie już dobrze najprawdopodobniej spojrzę na Ciebie z pogardą i albo ucieknę od razu, albo właśnie dopiero zacznę się bawić, jeszcze przez jakiś czas to ciągnąc, niepozornie grzecznie.
Masz pretensje do mnie, że nie chcę Cię pokochać? Miej do Niego. Miej do Pana Boga. Ale nie do mnie. Człowiek kierujący się własnym dobrem i zabezpieczający się na zaś znający koleje losu - to logiczne. Wyżarto ze mnie naiwność.
I tak jutro do Ciebie przyjdę. I pojutrze też. Będę pożerać Twoje ciało, będziemy rozmawiać o czymkolwiek, będę czuła jak mocno biję Ci serce kiedy mówię, że lubię po prostu z Tobą leżeć. Będę miała wyrzuty sumienia.
Ale już nie budzę się z innym mężczyzną na ustach niż Ty. Z innym mężczyzną w ramionach, w sobie, w głowie. Nie, tylko z Tobą.
Dziękuję.
---
Myliłam się, bo coraz częściej budzę się jednak z Nim. On mnie prześladuje, bo nie potrafię go z siebie wydłubać. Marnotrawny mężczyzna, ojciec mojego nienarodzonego dziecka. Nie brzmi to dobrze. Nic dzisiaj w moich ustach nie brzmi dobrze. Muszę brzmieć jak wariatka, którą nota bene jestem, więc to wszytsko jest swoim następstwem, wszystko jest logiczne, układa się w całość.
Moja obsesja dotyczy czegoś, czego tak po prostu chciałam się pozbyć. Gdy chciałam łapać było już za późno, umarło - w Nim, nie we mnie. I to jest źrodłem całego problemu.
Nienawiść, skrajna. Tego chciałam uniknąć, ale wplątałam się w to na stałe. Nic nie pomaga, może trochę leki. Trochę przestaję bać się siebie kiedy nie boję się niczego, przede wszystkim nie boję się przechodzenia przez granice. Oczywiście te, które sama sobie ustawiłam. Łożko - pokój - mieszkanie - tłum ludzi. Bez alkoholu a z narastającym stanem depresyjno lękowym to jest trudniejsze niż skok z pietnastego piętra. To nagle wydaje się być takie proste.
Oprócz tego nic takie nie jest. Łyżeczka na dzień po jest cięższa niz tona, spalający się papieros syczy jak spadający samolot. Nagle wszystkie szanse i nadzieje wybuchają mi w głowie i jest kosmos.
11
cześć, jestem Pola, mam 19 lat, od dwóch dni nie piję i nie ćpam, ale wcale nie planuję kontynuować odwyku. nie tnę się od dwóch tygodni. oraz jestem na odwyku uczuciowym. poza tym od tygodnia z mężczyzną, którego tylko pragnę, i po pięciu z mężczyzną, którego kocham, a którego już przy mnie nie ma, bo mnie oszukał. nadużywam herbaty, nikotyny oraz alkoholu. nie piję kawy, nie jadę po kanałach. zbieram śmieci zwane pamiątkami. jestem jeszcze uzależniona od muzyki, ale to brzmi tak banalnie, że gdyby nie było prawdą to bym sobie odpuściła. jestem osobą smutną i niewykształconą odpowiednio. mało rzeczy w życiu zaczynam, jeszcze mniej kończę. lubię żyletki, ale zawsze wolałam nożyczki. kocham siebie tak samo jak nienawidzę. lubię, gdy basy grają mi w żołądku, więc często bywam w klubach. poza tym tam można pograć na mężczyznach, a jak wiadomo są moimi ulubionymi instrumentami. wiele czasu spędzam na pisaniu listów i książki, która nie ma początku i końca, i której nigdy nie przestanę pisać.
---
wpadam do Jego mieszkania rano, drzwi otwiera mi zawsze rozespany współlokator. z rozwianym, nieuczesanym włosem wpuszcza mnie do środka i czesząc ręką swoje nieposłuszne kołtuny rzuca żarcik "może mnie też byś ogoliła na łyso? byłoby praktyczniej i ... wygodniej". uśmiecham się do tego zielonookiego stwora na chwilę zamyślając się i wyobrażając sobie jak by wyglądał bez włosów... skręcam na prawo, otwieram drzwi bez pukania, owiewa mnie świeży podmuch wiatru z kierunku otwartych wszystkich okien. lubimy spać przy świeżym powietrzu, to nas łączy. A. śpi jeszcze, plecami skierowanymi do mnie, nagimi plecami. staję po cichu przy jego ogromnym materacu, zsuwam z siebie buty, rajstopy, sweter i wsuwam się pod koc. całuję ciepły kark i już czuję, że się obudził. pozbywając mnie sukienki i bielizny zaczyna się ze mną witać. nie wiem od kiedy, ale zaczęłam lubić poranki. potem robi herbatę skupiony, jakby od ilości ziarenek cukru zależało wszystko.
potem opowiada mi o tym, że śnił mu się Paryż, który oboje znamy tylko z książek i filmów. mówi o tym, że kiedyś pojedziemy. "na ile?" pytam. "może na zawsze", nie wiem czy żartuje, trudno to u niego wychwycić. nie lubię gdy mówi o przyszłości, bo nie wiem czy możemy ją ze sobą wiązać.
"przyniosłam Ci Pachnidło i soundtrack. jak wcześniej posłuchasz płyty to film Cię bardziej zachwyci. ale musisz to zrobić w samotności.".
potem zapadam na długo z zadumę. dlaczego dzielę się z Nim swoim życiem, swoimi zachwytami, swoimi odkryciami? przecież gdybym Go nie chciała to bym Mu tego nie pokazywała. w sumie nie wiem na ile to prawda, na ile po prostu moje dziwaczne wymysły.
"czemu przestałaś pisać?" pyta, nawiązując do wcześniejszej rozmowy.
bo życie przestało mi dawać odpowiednią ilość emocji? nie, tych miałam aż nadto. bo nie miałam czasu? tak byłoby najprościej, ale On wie, że czasu to ja miałam aż nadto. bo nie miałam ochoty? bo nie czułam potrzeby?
"bo umysł miałam zbyt zajęty sobą, żeby móc myśleć o czymś innym". odpowiadam w końcu, gryząc się pod koniec w język. wiem, że będzie zazdrosny, wiem, że odkryje jaka jest prawda, że wyczyta to z moich oczu i znowu bedzie Go bolało, ale nic nie powie. że przy Nim nie mogłam pisać, bo miłość wypełniała wszystko, a przy Nim nagle mogę.
"poza tym znowu zaczęłam ćpać, a to chyba jednak ma coś do rzeczy" dodaję. mam nadzieję, że zrozumie. właściwie nie wiem czy chciałabym, żeby łykał kłamstwa. choć to akurat nie było kłamstwo. to na pewno też ma coś do rzeczy, może nawet więcej niż tamto. odkąd znalazłam u Niego szufladę pełną łakoci zaśmiewamy się z tego czasami. a nawet dwa razy zrobiliśmy to razem. najpierw trochę przesadziłam i wtedy właśnie udowodnił jak bardzo mu zależy. byłam w stanie rozwalić cały Jego pokój, byłam w takim stanie furii, zaczęłam bełkotać rzeczy, które musiały Go boleć. trzymał mnie, ocierał ze mnie łzy, a na koniec, gdy sam już był w stanie zaniósł mnie do łazienki, rozebrał i umył, jak dziecka. bez słów.
a potem uśmiechnął się do mnie jakby nic się nie stało i zrobił mi herbatę. kilka dni później powtórzyliśmy to. i tym razem było pięknie. na balkonie, ja, On, materac, deszcz, papierosy, niebo, noc, dotyk. chciałam przez moment stać się głupia niż kiedykolwiek i mówić o miłości. nie wiem co mnie powstrzymało, ale cieszę się, że tak się stało. to by dopiero było kłamstwo.
"o czym myslisz?" pyta, szukając w moim zamyślonym wzroku jakichś śladów niedomytej przeszłości. "o ćpaniu".
a potem, jak gdyby nigdy nic, pyta mnie "znasz to uczucie, że kochasz tak bardzo, że aż boli?". stoi plecami do mnie, twarzą do okna. łykam łzy, muszę powiedzieć "znam.".
po kilku minutach ciszy przychodzi do mnie i ogląda miejsca naruszonej tkanki. pyta o to jak się czuję i czy jeszcze muszę się znieczulać. odpowiedź "czasami" wydaje mi się najbardziej odpowiednia, więc pada. rozmawiamy jak wiolonczela z fortapianem. kilka rozstrojonych strun spod tak często używanych klawiszy i wolno działające stawy przy palcowaniu, zbyt powolny smyczek. ból, który się wyślizguje.
nie chce Ci go zadawać, więc tu jestem. i jestem tu, bo tak naprawdę Cię potrzebuję. przyzwyczaiłam się do tego. korzystam z Ciebie, nie nie wykorzystuję Cię. zalewasz mnie oceanem spokoju. fale burzą się zazwyczaj poza ścianami Twojego mieszkania.
nie widzisz już w moich oczach strachu, prawda? ja w Twoich często, ale Ty w moich nie. to dobrze. widzisz? potrafię zakryć sie hardością, to mi zawsze dobrze wychodziło. nauczyłam się tego dwa lata temu i od tamtej pory niestety często muszę korzystać. teraz nawet chyba bardziej niż wtedy.
rzyganie o poranku i żarciki matki czy przypadkiem nie jestem w ciąży. zabawne, cholera, zabawne.
opowiedz wszystkim o sobie. mam na imię, mam lat, mieszkam w, lubię.
geniusz mieszka w statystykach.
diabeł ukrywa się w szczegółach.
a we mnie gotuje się krew.
" to co sobie robisz ma nazwę." nie wiem czy chciałam usłyszeć te słowa.
no, przepraszam. nie wiedziałam co zrobić. więc w to uciekłam. wtedy wydawało mi się to oczywiste, poza tym było najprostsztym rozwiązaniem.
nie wiem czy to widać, ale odkąd go nie ma ubyło mi pięć kilo. jeśli to cud umartwiania się to chyba zacznę tak na stałe. psychikę już i tak mam zjebaną. doszczętnie.
[ jedziemy do Płocka? jasne, spoko. wiesz, mam dziwne wspomnienia związane z tym miastem. ale może jak nie będzie padał śnieg to mi się nie uruchomią.
znowu to miasto.
może się nie uduszę. ]
why am I create just to be swallow?
widziałeś kiedyś swoją bladą twarz o poranku? wyglądasz jak trup z tymi wystającymi koścmi policzkowymi i cieniami pod oczami.
troszkę Cię zniszczyłam, wiem. taka jestem. gdzie wchodzę albo rujnuję albo jestem rujnowana. w Twoim przypadku poszłam na kompromis i zniszczyłam nas oboje.
maschinerie.
lubię swoje męczarnie co dobę. byleby zakrzyżykować kolejny numerek na kalendarzu.
czasami tylko uderza mnie jeszcze przeszłość. wtedy wymiotuję, bo już nie mam czym płakać. poza tym cały żal już mam tylko w żołądku. zmieszane leki i działa jak powinno.
ej, mam Cię. uwierz, mam Cię w sobie. pachniesz tytoniem.
czemu boisz się strzelać do nieznajomych. nie zastrzeliłbyś obcego, który ingeruje w Twoje życie? ja zrobiłabym to bez wahania. dlatego muszę kupić broń.
zabić kogoś, choćby dla zabawy. czywiście musiałby sobie zasłużyć. ale ja już mam takich kilka na liście. nietrudno mi zrobić krzywdę. jestem jak spróchniała lalka, ktorą dotkniesz za mocno i zaczyna się sypać. ale nie spodziewasz się, że za plecami chowa gnata. jeden strzał w środek głowy? nie. wsadziłabym im go głęboko w usta, żeby zobaczyć jak komicznie wyglądają z tym strachem w oczach. "shut up and swallow" ostatni szept i dziurawa potylica, mózg na ścianie. sama słodycz.
nawet nie wiesz jak bardzo bardzo bardzo często mi się to śni. kiedy opowiem o tym mojemu psychiatrze to zawiną mnie w kaftan i więcej nie zobaczę mamusi. bez sensu.
za kilka dni poprawię tatuaż. potrzebuję 5,80 i wiem, że sie nie powstrzymam. po prostu sięgnę do szuflady. jeszcze ten szalony pomysł z atramentem (nie, nie, nie, muszę pochować to gdzieś, żeby przypadkiem sobie tego nie zrobić).
będzie głębszy, świeższy, większa rana do zagojenia się. wyraźniejsza blizna. cudo.
mała literka na prawym udzie.
pokochałeś mnie z nią. pokochałes mnie z Nim we mnie. jakie to urocze, kuuurwa.
kiedo go już zabiję pojdę na jego pogrzeb i wreszcie będę mogła znowu płakać.
jedno z nas umiera naprawdę i to zawsze będę ja.
znowu magiczna godzina, 04:46. wpadam.
utopiłeś się kiedyś w kubku z herbatą? mi się coraz częściej zdarza. moje łzy na Twoim karku - norma, Kochanie. cieszę się, że się przyzwyczajasz.
"najtrudniej jest gdy jeszcze ciepła od Twych dłoni ścigam dzień."
czemu moja skóra nie stygnie od miesięcy?
16
inaczej teraz patrzę na kobiety w ciąży i małe dzieci. powiedziałam o tym mojemu lekarzowi, zapisał mi jakieś leki. zdarza mi się o tym nie myśleć albo wyobrażać sobie, że jestem szczęśliwa, że to się nigdy nie zdarzyło. non stop jednak spotykam się z chęcią innego zakończenia tego. widzę złość mojej matki i łzy. widzę siebie. widzę to.
a najgorsze jest to, że naprawdę tego chcę.
teraz zawsze, tylko będzie płacz i zgrzytanie zębów. nie ma niczego. ze spokojem, wśród tej pieprzonej zieleni. z basem w słuchawkach i rękach pośrod traw, umierałam po raz pierwszy. moje zęby wystawione w szalonym smiechu do nieba. słonce, w które wpatrywałam się tak dlugo, ze mogłabym oślepnac, gdyby dalej pozwolili mi Cię dotykać.
mial racje, jestem szmata. oddam sie za najmniejszy gest czulosci, za calowanie kolan.
a life all mine.
dlatego gram różnorodnie. potrafię umierać codzienne rano, gdy tylko wstaję. byle tylko zdązyć dobiec do łazienki i wypluć z siebie wnętrzności, które się tak strasznie mocno wyrywają. potem wmusić w siebie pierwszą herbatę i pierwszego papierosa. wrócić na poranny seks, uczesać włosy i zacząć kolejny dzien.
siadam sobie tutaj, z herbatą, jedną za drugą, paczką fajek, słuchawkami i stukam jak podupcona. odwalam ten rytuał codziennie, zupełnie jakby to była moja praca, mój obowiązek.
nic dziwnego, czegoś się w końcu nauczyłam z tej calej literatury, muzyki, filmów. poza tym mężczyźni też są encyklopedią wiedzy, czasem wystarczy krótka obserwacja. dlatego chodzę też na spacery, no i do tych klubów. noca jest weselej, wolę noce. wsadzam się w tę rolę, dobrze mi idzie jej odgrywanie. najprostsza rola świata.
chcę Mechaniczną Pomarańczę, teraz, natychmiast. ćpanie przy themie jest najseksowniejszym obrazem na świecie. [ćpanie, kto wymyślił to słowo; ćp, ćp, ćp.]. bardzo kocham.
Kocham.
nic mnie już tak nie interesuje. odcięłam się. odkryłam jakie to proste.
pogrzebałam sobie paluszkiem we wszystkich ranach, wyrzygałam płuca i teraz jestem czysta.
w innym tego słowa znaczeniu.
Całuję.
------------------------------------------------------------------------------------
to mój Maj. pierwsza połowa.
.
18 maj 2011
18 kwi 2011
idź spać, zostaw mnie. odejdź. mieszasz mi w głowie z takim powodzeniem.
gdybym tylko mogła sobie wybrać chorobę to chciałabym przestać chorować na Ciebie.
już nie wiem co połykam. to przestaje być ważne.
ból każdego mięśnia rano i nie mogę podnieść łyżeczki.
leczę się powietrzem i papierosami.
nie wiem, nie potrafię Cię poruszyć. nie traktujesz mnie poważnie.
chciałabym pozbyć się tej całej złości.
zgubiłam wszystkie żyletki. brama do piekła.
za każdym razem gdy coś pierdolisz rzygam. czasem nawet krwią, chyba serce rozpuszcza mi się w żołądku.
-3 kg łez i powracająca klaustrofobia, za to zanikający lęk wysokości.
pijemy wino na dachu i spoglądam w dół, moje stopy wystają za krawędź.
oddaj mi tylko moje tabletki i spieprzaj.
kochał(am) Cię tak bardzo, że teraz mogę tylko wymiotować.
gdybym tylko mogła sobie wybrać chorobę to chciałabym przestać chorować na Ciebie.
już nie wiem co połykam. to przestaje być ważne.
ból każdego mięśnia rano i nie mogę podnieść łyżeczki.
leczę się powietrzem i papierosami.
nie wiem, nie potrafię Cię poruszyć. nie traktujesz mnie poważnie.
chciałabym pozbyć się tej całej złości.
zgubiłam wszystkie żyletki. brama do piekła.
za każdym razem gdy coś pierdolisz rzygam. czasem nawet krwią, chyba serce rozpuszcza mi się w żołądku.
-3 kg łez i powracająca klaustrofobia, za to zanikający lęk wysokości.
pijemy wino na dachu i spoglądam w dół, moje stopy wystają za krawędź.
oddaj mi tylko moje tabletki i spieprzaj.
kochał(am) Cię tak bardzo, że teraz mogę tylko wymiotować.
2 kwi 2011
28 III 6:21
Podróżowałam. Ciepła ścieżka prowadziła moje nogi w tych butach na cienkiej podeszwie, za cienkiej jak na wczesną wiosnę. Ale ścieżka była ciepła. Cieplejsza od powietrza, nagrzana słońcem. A może to stopy zmęczone podróżą odczuwały ciepło wytwarzane przez sam mój organizm?
Nie wiem ile dni trwała wędrówka, obolałe stopy i lekkie dłonie, wyczuwałam w powietrzu zapach nieznanego powietrza, powietrza nieznanego kraju; wyczuwałam to niemal świadomie, ale nadal nie znając źródła tego wrażenia. Chowało się głębiej moich myśli. Moich złości. Obsesji i frustracji.
Przypomniało mi się jak oglądałam jej zdjęcia i czytałam jej słowa. Groźne i trujące, wypełnione jadem. Otaczała go tymi słowami, manipulowała. Groziła, kusiła, porównywała się ze mną siebie stawiając na lepszym miejscu, patrzyłam na jej oczy ze zdjęć i były chłodne. Chłodne jak jej słowa.
Poddawał się jej zamiarom, pamiętam, że w tych dniach nawet dla mnie pachniał inaczej, a przede wszystkim pachniał na odległość, nie pozwalał mi się zbliżyć, jakbym to ja była trująca. Przyrządzałam nam herbatę i zalewałam go potokiem ciepłych słów, wierząc, że to przejściowe, ufając, że zauważy. Efekt był odwrotny, była pół kroku przede mną, wiedziała co zrobię, ostrzegła go przede mną. "Jej ciepło jest złe, niezdarne, infantylne, puste i słodkie; chodź, chodź do mnie, pokażę Ci, że jestem kobietą, pokażę Ci moją dojrzałość."
Wygrałam. Wystarczyło zajrzeć w jej myśli, a nie było to trudne. Śpiewała mu do ucha syrenie pieśni, w środku będąc tylko wyschniętą, spragnioną meduzą. I fałszowała.
Dostałam obsesji na jego punkcie. Niezdrowej obsesji na punkcie odległości pomiędzy nami. Uczepiłam się jak mogłam ostatniej szansy. Odrzuciłam go, zachowując godność, wylewając chłód, ukrywając jad i łzy.
Z dnia na dzień meduza myśląc, że przemienia się w syrenę, upadła na samo dno swojego wysychającego bajorka. Połamały jej się paznokcie, gdy chwytała się wszystkich napotkanych kamieni, powyrywała sobie włosy. Tylko oczy nadal jej się świeciły, ale przecież byłam uważna.
Miałam w rękach władzę, odzyskałam ją, gdy ja jej oddałam.
Sam wyrwał jej ją z rąk i oddał mi, skomląc, błagając bym chciała przyjąć. Gdybym była nią zaśmiała
bym się pusto nad tym tryumfem. Wepchałabym jej głowę niżej w bagno butem.
A ja po prostu zakleszczyłam się wokół Niego. I jest.
Ona? Zatacza krąg, a przynajmniej tak jej się wydaje. Zdesperowana, zmieniła punkt, myśląc, że może być pośrednim. Tak bardzo chce zmienić stan z "wyschniętej" na "odżywioną". Tak bardzo zrozpaczona, że nikt nie chce tego zrobić.
Gdyby zbliżyła się jeszcze raz zmienię rolę. W bardzo nieczystą.
Póki co nie muszę tego robić.
Po prostu podróżuję, czekając, aż nieznany zapach wpłynie mi do nozdrzy również po przebudzeniu. Boję się tego. Cholernie.
Ale czuję, że przyszedł ten czas. Przychodzi każdą wiosną. Czas zmian. Urzeczywistnia się latem, zawsze, co roku. Pachnie, już to czuje. Przede wszystkim podczas gorączek i tego typu snów o wędrówkach.
Zawsze ktoś mnie trzyma za rękę.
"To byłem ja". Wiem, wiem. To musiałeś być Ty. Zwłaszcza w śnie.
Kiedy ta kobieta śpiewa przełączam głośniki na słuchawki, prawie zawsze.
Ruda Kobieta z parasolem. Może jedyna, która może się starać.
Cukierki. Parasolki.
Cmentarz w maju? Nie zapomniałam. Ale bez parasola. Z tą czarnowłosą, z wielkim nosem i fortepianem lekko rezonującym. Dwa lata temu? Nie, trzy, na pewno. A wcześniej nawet cztery. Pamiętam zapach tego deszczu płynący z plant do tramwaju przez okna. Przez mój nos do moich płuc.
Papierosy na cmentarzu. Kłamliwe pajęczyny.
Widzisz? Jak się staram to potrafię. Tak jest ze wspomnieniami, tak jest ze wszystkim.
Pamiętasz kuchenne podłogi (jasne, że pamiętasz, ale czy wszystkie)? To już też są wspomnienia, te zimą i śniegiem pachnące. Twoja skóra też wtedy trochę śniegiem pachniała. I gorączką, jak moje teraz.
Inne wspomnienie? Błonia. Ja, w tym stanie, taka nieuważna. Starałam się iść wzdłuż krawężnika, o mało się nie przewróciłam.
Potem niebo nade mną. Fioletowo, niebiesko brunatne. Tak nisko, Dłonie w chmurach, uśmiechy na twarzach. Wykrzywionych, zaćpanych twarzach.
Co to było za szczęście. Potem czternastka. Nie pamiętam drogi. Pamiętam tylko śmiech.
A teraz ich tak bardzo dwojga nienawidzę.
Nie zawiedziesz mnie tak jak oni, prawda?
Nie, nieprawda. Nie ufam temu, nie wierzę w to. Dlatego wskakuję w Ciebie całą sobą. To takie zabawne.
Kochać, a potem pocierpieć.
Każde cierpienie można przeżyć, ja to już wiem.
Nawet to śmiertelne. Śmiercionośne - zimny oddech na karku i Halou. Okrutne noce. Wierz, ze wtedy przestałam? Bo się bałam, że on będzie wracać. A za bardzo go kochałam (kocham), żeby go przywoływać.
Nie, oszukuje się, bo jestem egoistką. Za bardzo mnie bolały jego powroty. Nigdy nie miał twarzy, nie miał ciała. Miał tylko oddech. I zapach.
"Kochanie, czy my Cię nie zabiliśmy?"
My. Tak, my oboje. Zabiliśmy Go, gdy nie był już małym wytworem, był ogromnym problemem, z którym nawet najlepszy wizjoner przestałby sobie radzić. Ja na pewno nie umiałam.
Pamiętam jak ściągał mi bluzkę, miałam na sobie zielony stanik. Potem byłam sama w tamtym pokoju. Pachniało winem, mdliło mnie od tego. Uchyliłam okno i spojrzałam za nie. Piąte piętro. 12 metrów? Ciemność.
Nie pamięta księżyca. Chyba go nie było. Ale jakiś blask odbijał się od bloków.
Paliłam papierosa czekając aż wróci, po cichu modląc się, by miał stopy chłodne od łazienkowych kafelek, a plecy mokre od wody, chciałam dotknąć tych pleców policzkiem, gładzić dłońmi brzuch. Białe plecy.
Ha, wiesz co mi mówił? Miał Iana na ścianie, który patrzył na nas, a on mi opowiadał o dźwiękach. Mówił o muzyce, o której już przecież wcześniej sporo wiedziałam. Łykałam mu te słowa wypływające mu z ust, zbliżając się do nich, aż w końcu łykaliśmy wzajemnie swoje języki, nawet w środku zdania. Zdania, które nigdy się nie kończyło.
Był pierwszy. Zamieszkał za moim mostkiem. "Kochanie...?"
Dwa lata temu taki świt jak teraz (06:06) oznaczał dla mnie pożegnanie jego ciała ("Najtrudniej jest gdy jeszcze ciepła od Twych dłoni ścigam dzień..."), teraz tylko liczę dni i kilometry. Więcej kilometrów. Więcej słów. Więcej obietnic. Więcej planów.
Więcej dotyku, więcej uczucia. Więcej.
Nie wiem czy Ty to rozumiesz, ale gdy mówię kocham to jakbym odcinała sobie rękę i mówiła
"To proste, spróbuj też".
Let me take you down, cos I'm going to strawberry fields - rozumiesz. To to samo.
Dokładnie.
Lubię się w tym pogrążać. Całe życie bym tak mogło.
Ale lubię wisieć na tym męskim ramieniu, które czasami przygryzam, gdy mi zbyt dobrze. A Ty tak ze mną robić potrafisz.
Widzę światła, jest w nich dużo zielonego. Taki sceniczno-dancefloorowy. Przyjemnie chłodny, przyjemnie agresywny. Czujesz jak flaki Ci skaczą od kręgosłupa do gardła?
Ja zdejmuję ubranie i udaję, że mnie nie ma. Trzymam kota na rękach, stoję w oknie, patrzę na świt. Ludzie. "Kiedy wstaje, patrzę w okno, krótka chwila. Idą ludzie, tam za bramą, jeszcze senni."
Dokładnie tak jest. Co rana.
To jak słowa, których nie potrzebujesz, żeby Ci udowodnić, ale... jestem. Udaję, że mnie nie. Udaję. Jestem. Jeste, Udaję, że mnie... Jestem.
Zapalam naczarnągodzinę i parzę herbatę. Ona? Usmiecham się do siebie. Bawię się włosami jak kot, włączam słuchawki i lubię to poczucie satysfakcji, kiedy możesz powiedzieć sobie "poczekaj, jeszcze wygrasz." Bo wygramy, prawda? Jasne.
Ale ja lubię się pogrążać.
Przynajmniej jestem lepsza od niej. Od tych wszystkich.
Mam to, czego... Udaję, że mnie nie... Jestem. Udaję.
Tabletki. Ten dzień jest mój. Trzy magiczne litery. Razy trzy, razy dziesięc. Razy litery, razy - cztery litery. Wyryte w moim umyśle, wbite w moje serce. Mogłabym też wyryć je sobie na udzie, ale po co. Nie jesteś częścią mojej kolekcji. Jesteś częścią mojego pieprzonego życia.
Idzie wiosna, potem lato. Jestem, czuję, że pachnie, udaję, że mnie, mam to, czego inne nie, herbata, lubię, czasem palę, gryzę, uważaj, bo mogłabym, ale nie wiem, ona, meduza, syrena, fałszuje, wyschnięta, kocie futro pachnie jak, katatonia, lęk, siekiera, Twoje dłonie, trzymasz mnie za rękę, ścieżka, ciepła, nagrzana słońcem.
Czuję to. Wiem.
---
28 III 8:07
Po wódce chodzę po scianach (stąd te otarcia na dłoniach, nadgarstkach i lewym łokciu) i wygaduję głupoty. Napój bogów (nie, nie wódka, piwo), idę po sklepu, dwie butelki, pięć złotych, to jeszcze trzy papierosy, te za pięćdziesiąt groszy sztuka poproszę. W domu i tak łyknę z tej butelki ukrytej za książkami na drugiej pólce z lewej strony, gdy matka pójdzie spać, a mnie jedyną przyjemność będzie sprawiać widok świateł przejeżdżających co kilka minut przez moją ulicę. Parapet - okno. Przęłączam się na słuchawki gdy wszyscy śpią i wracam do swoich listów. Zawsze pisałam listami, gdy pisałam na papierze. Te elektroniczne listy, zazwyczaj w obcym języku, są więcej znaczące w rzeczywistym świecie, ale to nie znaczy, że dla mnie. Piszę listy, nocą. Po piwie i wódce. Ile mam lat? No, właśnie, ile. Samotnie się upijam (nie, nie upijam, tylko piję). Coś mi to przypomina,
sięgnął dłonią po butelkę zerkając na bliznę na nadgarstku ukazującą się po wysunięciu ręki do przodu. to nie łzy to pusty śmiech i szczęście. wreszcie.
ale nie mogę sobie przypomnieć co to. Jestem zbyt leniwa. Zbyt wczorajsza.
Siedzi ze mną Zbigniew, na parapecie. I jego fantazja. Popatrujemy na siebie, staruszek i dziewczyna. Pociągałby mnie może, gdyby nie ojcowskie przywiązanie i pożądanie tak bardzo zarezerwowane już jak i mocne. Odtwarzamy ze Zbigniewem zatem całą jego płytę. On to lubi, ale ja lubię bardziej. Zwykle na ławce jesienią, ale w tym roku nie chce mu się czekać. Więc przyszedł wiosną i wskoczył mi na parapet. Dotknął mojego ramienia starą, szorstką dłonią. Chyba zasnęłam, gdy się obudziłam to już poszedł, a kabel słuchawek owinął mi się wokół kolan. Policzek zmarzł mi od szyby. Już świt, Zbigniew więc musiał wskoczyć na koguta i polecieć do księżyca. Przyleci jesienią, poczeka do dnia i schowa się w naszym parku. Przywoła mnie, przybędę tramwajem. Poczekam zatem do jesieni.
Odplątuję się z kabli i sięgam po Ulver. To jak lek znieczulający kaca, działa bólootumaniająco.
Kilka listów, papieros (trzeci, ostatni), chowam butelkę za Hrabalem, z ciekawością otwieram "Listy do Kwiecieńki" - 'Rano samobójstwo, przed południem pracaw południe obiad w stołówce, po południu jeszcze trochę tej harówy, a potem jestem tutaj (...) Bogaty dzień... nie ma co... rano samobójstwo... i tak dalej (...)".
Prawda, Hrabal.
Rano samobójstwo i tak dalej.
Znów nie wiem co za zapał mnie tu przywiał właściwie. Ale obudził się w czwartek (jesteś w stanie to pojąć?! w czwartek!) i póki co mnie nie opuszcza.
Oszukuję się, że to nie zasługa (wina!) czwartku, tylko gorączki.
Obserwuję koty i ludzi, tych za oknem. Rzadko wymieniam myśli, bo ludzie się śmieją.
"Jesteś naiwna" (wiem, jestem), "To się nie uda." (skąd ta pewność, do cholery?!).
Połykam leki i chowam się pod kocami. Prawie mnie budzą męskie dłonie (Twoje, Twoje cholera), więc nie budź się, proszę, nie budź się, nie budź, śpij, śpij dalej.
kiedyś chciałabym przestać myśleć, że, nie budzić się, spać, odbierać tylko, czasem zasiewać, odtwieram oczy i wtedy, knebluję Ci usta własnymi, tańczę wokół własnej, jaźń, która, patrzy, Jim Morisson był bogiem, trzaski.
Odbierasz to wszystko?
"Zasnąłem."
Śpij, śpij. Nie budź się. Śpij.
---
28 III 18:52
Kiedy zrozumiesz "Olifanta" zrozumiesz jak mnie złowić.
Złowiłeś mnei nie znając, nawet nie będąc zainteresowanym. Złowiłeś mnie, a ja jak rybka na tego robaczka, hyc. I nie ma mnie.
Utknęłam w sieci, którą dla mnie (dla mnie?) utkałeś.
Patrzę przez okno na mężczyzn. Nie tylko, ale a nich szczególnie. Są wszyscy tacy sami, a kązdy taki różny. Patrzę na nich przez szybę, bo ostatnio prawie w ogóle nie wychodzę z domu, i nie przeszadza mi to specjalnie, bo nie widzę potrzeby. Tu mam wszystko, oprócz świeżego powietrza, to w środku jest trochę zjechane amoniakiem a okno otwieram rzadko w obawie, że koty mogłyby uciec (ten amoniak to też ich robota).
Mężczyźni zza okna wydają sie być łagodni, nieco infantylni, może nawet głupi. Niemal czuję jak pachną potem i słyszę ich lubieżne myśli, te typowo męskiego rodzaju. Na budowie na przeciwko robotnicy ślinią się na uda czternastoletnich dziewczynek, nosząc worki z cementem na brudnych plecach spoglądają od czasu do czasu na moje okno i odbijające się od niego światło. A może na mnie, nie wiem. Wątpię.
Okularnicy, łysi, nowomodni. Z dziewczynkami (różyczka w rączce), z dziećmi w wózkach, z psami, z plecakami. Z papierosami. O tak, tych ostatnich lubię najbardziej. Zwłaszcza gdy są młodzi, wysocy, o bladej skórze i ciemnych włosach. Takim mogłabym piec szarlotkę gdyby nie byli burakami w środku.
Tak, upiekę Tobie, teraz pozwól, że na nich popatrzę. Są dla mnie naukowo fascynujący. Chłopcy, duże dzieci.
I pomyśleć, że kiedy nie trzeba potrafią być tacy nieprzewidywalni, jak Ty.
Czasem patrząc na nich zastanawiam się, który mógłby porozmawiać ze mną, który dotykać moich włosów, a który już ramion, ale szuka to odtrącam. To takie myślenie, ale nie lubię, gdy się włącza.
Za to po nocach śnisz mi się tylko Ty. W snach wymyślam Ci zazwyczaj różne zawody (jak w tym, gdzie byłeś policjantem, a ja nosiłam Ci kanapki na posterunek), ale to tylko w tych bardziej fabularnych, jeśli wiesz o czym myślę.
Poza tym - zauważ zależność. W zimę i lato nie potrafię, ale w przejściowych porach roku zbieram się i pracuję. Jak pszczółka. Jest we mnie wiele motywacji (skąd?), chęci (jak to?), zapału, nie wiem, tego czegoś. Powietrze jest jakieś inne. Nawet to skażone amoniakiem.
Podróżowałam. Ciepła ścieżka prowadziła moje nogi w tych butach na cienkiej podeszwie, za cienkiej jak na wczesną wiosnę. Ale ścieżka była ciepła. Cieplejsza od powietrza, nagrzana słońcem. A może to stopy zmęczone podróżą odczuwały ciepło wytwarzane przez sam mój organizm?
Nie wiem ile dni trwała wędrówka, obolałe stopy i lekkie dłonie, wyczuwałam w powietrzu zapach nieznanego powietrza, powietrza nieznanego kraju; wyczuwałam to niemal świadomie, ale nadal nie znając źródła tego wrażenia. Chowało się głębiej moich myśli. Moich złości. Obsesji i frustracji.
Przypomniało mi się jak oglądałam jej zdjęcia i czytałam jej słowa. Groźne i trujące, wypełnione jadem. Otaczała go tymi słowami, manipulowała. Groziła, kusiła, porównywała się ze mną siebie stawiając na lepszym miejscu, patrzyłam na jej oczy ze zdjęć i były chłodne. Chłodne jak jej słowa.
Poddawał się jej zamiarom, pamiętam, że w tych dniach nawet dla mnie pachniał inaczej, a przede wszystkim pachniał na odległość, nie pozwalał mi się zbliżyć, jakbym to ja była trująca. Przyrządzałam nam herbatę i zalewałam go potokiem ciepłych słów, wierząc, że to przejściowe, ufając, że zauważy. Efekt był odwrotny, była pół kroku przede mną, wiedziała co zrobię, ostrzegła go przede mną. "Jej ciepło jest złe, niezdarne, infantylne, puste i słodkie; chodź, chodź do mnie, pokażę Ci, że jestem kobietą, pokażę Ci moją dojrzałość."
Wygrałam. Wystarczyło zajrzeć w jej myśli, a nie było to trudne. Śpiewała mu do ucha syrenie pieśni, w środku będąc tylko wyschniętą, spragnioną meduzą. I fałszowała.
Dostałam obsesji na jego punkcie. Niezdrowej obsesji na punkcie odległości pomiędzy nami. Uczepiłam się jak mogłam ostatniej szansy. Odrzuciłam go, zachowując godność, wylewając chłód, ukrywając jad i łzy.
Z dnia na dzień meduza myśląc, że przemienia się w syrenę, upadła na samo dno swojego wysychającego bajorka. Połamały jej się paznokcie, gdy chwytała się wszystkich napotkanych kamieni, powyrywała sobie włosy. Tylko oczy nadal jej się świeciły, ale przecież byłam uważna.
Miałam w rękach władzę, odzyskałam ją, gdy ja jej oddałam.
Sam wyrwał jej ją z rąk i oddał mi, skomląc, błagając bym chciała przyjąć. Gdybym była nią zaśmiała
bym się pusto nad tym tryumfem. Wepchałabym jej głowę niżej w bagno butem.
A ja po prostu zakleszczyłam się wokół Niego. I jest.
Ona? Zatacza krąg, a przynajmniej tak jej się wydaje. Zdesperowana, zmieniła punkt, myśląc, że może być pośrednim. Tak bardzo chce zmienić stan z "wyschniętej" na "odżywioną". Tak bardzo zrozpaczona, że nikt nie chce tego zrobić.
Gdyby zbliżyła się jeszcze raz zmienię rolę. W bardzo nieczystą.
Póki co nie muszę tego robić.
Po prostu podróżuję, czekając, aż nieznany zapach wpłynie mi do nozdrzy również po przebudzeniu. Boję się tego. Cholernie.
Ale czuję, że przyszedł ten czas. Przychodzi każdą wiosną. Czas zmian. Urzeczywistnia się latem, zawsze, co roku. Pachnie, już to czuje. Przede wszystkim podczas gorączek i tego typu snów o wędrówkach.
Zawsze ktoś mnie trzyma za rękę.
"To byłem ja". Wiem, wiem. To musiałeś być Ty. Zwłaszcza w śnie.
Kiedy ta kobieta śpiewa przełączam głośniki na słuchawki, prawie zawsze.
Ruda Kobieta z parasolem. Może jedyna, która może się starać.
Cukierki. Parasolki.
Cmentarz w maju? Nie zapomniałam. Ale bez parasola. Z tą czarnowłosą, z wielkim nosem i fortepianem lekko rezonującym. Dwa lata temu? Nie, trzy, na pewno. A wcześniej nawet cztery. Pamiętam zapach tego deszczu płynący z plant do tramwaju przez okna. Przez mój nos do moich płuc.
Papierosy na cmentarzu. Kłamliwe pajęczyny.
Widzisz? Jak się staram to potrafię. Tak jest ze wspomnieniami, tak jest ze wszystkim.
Pamiętasz kuchenne podłogi (jasne, że pamiętasz, ale czy wszystkie)? To już też są wspomnienia, te zimą i śniegiem pachnące. Twoja skóra też wtedy trochę śniegiem pachniała. I gorączką, jak moje teraz.
Inne wspomnienie? Błonia. Ja, w tym stanie, taka nieuważna. Starałam się iść wzdłuż krawężnika, o mało się nie przewróciłam.
Potem niebo nade mną. Fioletowo, niebiesko brunatne. Tak nisko, Dłonie w chmurach, uśmiechy na twarzach. Wykrzywionych, zaćpanych twarzach.
Co to było za szczęście. Potem czternastka. Nie pamiętam drogi. Pamiętam tylko śmiech.
A teraz ich tak bardzo dwojga nienawidzę.
Nie zawiedziesz mnie tak jak oni, prawda?
Nie, nieprawda. Nie ufam temu, nie wierzę w to. Dlatego wskakuję w Ciebie całą sobą. To takie zabawne.
Kochać, a potem pocierpieć.
Każde cierpienie można przeżyć, ja to już wiem.
Nawet to śmiertelne. Śmiercionośne - zimny oddech na karku i Halou. Okrutne noce. Wierz, ze wtedy przestałam? Bo się bałam, że on będzie wracać. A za bardzo go kochałam (kocham), żeby go przywoływać.
Nie, oszukuje się, bo jestem egoistką. Za bardzo mnie bolały jego powroty. Nigdy nie miał twarzy, nie miał ciała. Miał tylko oddech. I zapach.
"Kochanie, czy my Cię nie zabiliśmy?"
My. Tak, my oboje. Zabiliśmy Go, gdy nie był już małym wytworem, był ogromnym problemem, z którym nawet najlepszy wizjoner przestałby sobie radzić. Ja na pewno nie umiałam.
Pamiętam jak ściągał mi bluzkę, miałam na sobie zielony stanik. Potem byłam sama w tamtym pokoju. Pachniało winem, mdliło mnie od tego. Uchyliłam okno i spojrzałam za nie. Piąte piętro. 12 metrów? Ciemność.
Nie pamięta księżyca. Chyba go nie było. Ale jakiś blask odbijał się od bloków.
Paliłam papierosa czekając aż wróci, po cichu modląc się, by miał stopy chłodne od łazienkowych kafelek, a plecy mokre od wody, chciałam dotknąć tych pleców policzkiem, gładzić dłońmi brzuch. Białe plecy.
Ha, wiesz co mi mówił? Miał Iana na ścianie, który patrzył na nas, a on mi opowiadał o dźwiękach. Mówił o muzyce, o której już przecież wcześniej sporo wiedziałam. Łykałam mu te słowa wypływające mu z ust, zbliżając się do nich, aż w końcu łykaliśmy wzajemnie swoje języki, nawet w środku zdania. Zdania, które nigdy się nie kończyło.
Był pierwszy. Zamieszkał za moim mostkiem. "Kochanie...?"
Dwa lata temu taki świt jak teraz (06:06) oznaczał dla mnie pożegnanie jego ciała ("Najtrudniej jest gdy jeszcze ciepła od Twych dłoni ścigam dzień..."), teraz tylko liczę dni i kilometry. Więcej kilometrów. Więcej słów. Więcej obietnic. Więcej planów.
Więcej dotyku, więcej uczucia. Więcej.
Nie wiem czy Ty to rozumiesz, ale gdy mówię kocham to jakbym odcinała sobie rękę i mówiła
"To proste, spróbuj też".
Let me take you down, cos I'm going to strawberry fields - rozumiesz. To to samo.
Dokładnie.
Lubię się w tym pogrążać. Całe życie bym tak mogło.
Ale lubię wisieć na tym męskim ramieniu, które czasami przygryzam, gdy mi zbyt dobrze. A Ty tak ze mną robić potrafisz.
Widzę światła, jest w nich dużo zielonego. Taki sceniczno-dancefloorowy. Przyjemnie chłodny, przyjemnie agresywny. Czujesz jak flaki Ci skaczą od kręgosłupa do gardła?
Ja zdejmuję ubranie i udaję, że mnie nie ma. Trzymam kota na rękach, stoję w oknie, patrzę na świt. Ludzie. "Kiedy wstaje, patrzę w okno, krótka chwila. Idą ludzie, tam za bramą, jeszcze senni."
Dokładnie tak jest. Co rana.
To jak słowa, których nie potrzebujesz, żeby Ci udowodnić, ale... jestem. Udaję, że mnie nie. Udaję. Jestem. Jeste, Udaję, że mnie... Jestem.
Zapalam naczarnągodzinę i parzę herbatę. Ona? Usmiecham się do siebie. Bawię się włosami jak kot, włączam słuchawki i lubię to poczucie satysfakcji, kiedy możesz powiedzieć sobie "poczekaj, jeszcze wygrasz." Bo wygramy, prawda? Jasne.
Ale ja lubię się pogrążać.
Przynajmniej jestem lepsza od niej. Od tych wszystkich.
Mam to, czego... Udaję, że mnie nie... Jestem. Udaję.
Tabletki. Ten dzień jest mój. Trzy magiczne litery. Razy trzy, razy dziesięc. Razy litery, razy - cztery litery. Wyryte w moim umyśle, wbite w moje serce. Mogłabym też wyryć je sobie na udzie, ale po co. Nie jesteś częścią mojej kolekcji. Jesteś częścią mojego pieprzonego życia.
Idzie wiosna, potem lato. Jestem, czuję, że pachnie, udaję, że mnie, mam to, czego inne nie, herbata, lubię, czasem palę, gryzę, uważaj, bo mogłabym, ale nie wiem, ona, meduza, syrena, fałszuje, wyschnięta, kocie futro pachnie jak, katatonia, lęk, siekiera, Twoje dłonie, trzymasz mnie za rękę, ścieżka, ciepła, nagrzana słońcem.
Czuję to. Wiem.
---
28 III 8:07
Po wódce chodzę po scianach (stąd te otarcia na dłoniach, nadgarstkach i lewym łokciu) i wygaduję głupoty. Napój bogów (nie, nie wódka, piwo), idę po sklepu, dwie butelki, pięć złotych, to jeszcze trzy papierosy, te za pięćdziesiąt groszy sztuka poproszę. W domu i tak łyknę z tej butelki ukrytej za książkami na drugiej pólce z lewej strony, gdy matka pójdzie spać, a mnie jedyną przyjemność będzie sprawiać widok świateł przejeżdżających co kilka minut przez moją ulicę. Parapet - okno. Przęłączam się na słuchawki gdy wszyscy śpią i wracam do swoich listów. Zawsze pisałam listami, gdy pisałam na papierze. Te elektroniczne listy, zazwyczaj w obcym języku, są więcej znaczące w rzeczywistym świecie, ale to nie znaczy, że dla mnie. Piszę listy, nocą. Po piwie i wódce. Ile mam lat? No, właśnie, ile. Samotnie się upijam (nie, nie upijam, tylko piję). Coś mi to przypomina,
sięgnął dłonią po butelkę zerkając na bliznę na nadgarstku ukazującą się po wysunięciu ręki do przodu. to nie łzy to pusty śmiech i szczęście. wreszcie.
ale nie mogę sobie przypomnieć co to. Jestem zbyt leniwa. Zbyt wczorajsza.
Siedzi ze mną Zbigniew, na parapecie. I jego fantazja. Popatrujemy na siebie, staruszek i dziewczyna. Pociągałby mnie może, gdyby nie ojcowskie przywiązanie i pożądanie tak bardzo zarezerwowane już jak i mocne. Odtwarzamy ze Zbigniewem zatem całą jego płytę. On to lubi, ale ja lubię bardziej. Zwykle na ławce jesienią, ale w tym roku nie chce mu się czekać. Więc przyszedł wiosną i wskoczył mi na parapet. Dotknął mojego ramienia starą, szorstką dłonią. Chyba zasnęłam, gdy się obudziłam to już poszedł, a kabel słuchawek owinął mi się wokół kolan. Policzek zmarzł mi od szyby. Już świt, Zbigniew więc musiał wskoczyć na koguta i polecieć do księżyca. Przyleci jesienią, poczeka do dnia i schowa się w naszym parku. Przywoła mnie, przybędę tramwajem. Poczekam zatem do jesieni.
Odplątuję się z kabli i sięgam po Ulver. To jak lek znieczulający kaca, działa bólootumaniająco.
Kilka listów, papieros (trzeci, ostatni), chowam butelkę za Hrabalem, z ciekawością otwieram "Listy do Kwiecieńki" - 'Rano samobójstwo, przed południem pracaw południe obiad w stołówce, po południu jeszcze trochę tej harówy, a potem jestem tutaj (...) Bogaty dzień... nie ma co... rano samobójstwo... i tak dalej (...)".
Prawda, Hrabal.
Rano samobójstwo i tak dalej.
Znów nie wiem co za zapał mnie tu przywiał właściwie. Ale obudził się w czwartek (jesteś w stanie to pojąć?! w czwartek!) i póki co mnie nie opuszcza.
Oszukuję się, że to nie zasługa (wina!) czwartku, tylko gorączki.
Obserwuję koty i ludzi, tych za oknem. Rzadko wymieniam myśli, bo ludzie się śmieją.
"Jesteś naiwna" (wiem, jestem), "To się nie uda." (skąd ta pewność, do cholery?!).
Połykam leki i chowam się pod kocami. Prawie mnie budzą męskie dłonie (Twoje, Twoje cholera), więc nie budź się, proszę, nie budź się, nie budź, śpij, śpij dalej.
kiedyś chciałabym przestać myśleć, że, nie budzić się, spać, odbierać tylko, czasem zasiewać, odtwieram oczy i wtedy, knebluję Ci usta własnymi, tańczę wokół własnej, jaźń, która, patrzy, Jim Morisson był bogiem, trzaski.
Odbierasz to wszystko?
"Zasnąłem."
Śpij, śpij. Nie budź się. Śpij.
---
28 III 18:52
Kiedy zrozumiesz "Olifanta" zrozumiesz jak mnie złowić.
Złowiłeś mnei nie znając, nawet nie będąc zainteresowanym. Złowiłeś mnie, a ja jak rybka na tego robaczka, hyc. I nie ma mnie.
Utknęłam w sieci, którą dla mnie (dla mnie?) utkałeś.
Patrzę przez okno na mężczyzn. Nie tylko, ale a nich szczególnie. Są wszyscy tacy sami, a kązdy taki różny. Patrzę na nich przez szybę, bo ostatnio prawie w ogóle nie wychodzę z domu, i nie przeszadza mi to specjalnie, bo nie widzę potrzeby. Tu mam wszystko, oprócz świeżego powietrza, to w środku jest trochę zjechane amoniakiem a okno otwieram rzadko w obawie, że koty mogłyby uciec (ten amoniak to też ich robota).
Mężczyźni zza okna wydają sie być łagodni, nieco infantylni, może nawet głupi. Niemal czuję jak pachną potem i słyszę ich lubieżne myśli, te typowo męskiego rodzaju. Na budowie na przeciwko robotnicy ślinią się na uda czternastoletnich dziewczynek, nosząc worki z cementem na brudnych plecach spoglądają od czasu do czasu na moje okno i odbijające się od niego światło. A może na mnie, nie wiem. Wątpię.
Okularnicy, łysi, nowomodni. Z dziewczynkami (różyczka w rączce), z dziećmi w wózkach, z psami, z plecakami. Z papierosami. O tak, tych ostatnich lubię najbardziej. Zwłaszcza gdy są młodzi, wysocy, o bladej skórze i ciemnych włosach. Takim mogłabym piec szarlotkę gdyby nie byli burakami w środku.
Tak, upiekę Tobie, teraz pozwól, że na nich popatrzę. Są dla mnie naukowo fascynujący. Chłopcy, duże dzieci.
I pomyśleć, że kiedy nie trzeba potrafią być tacy nieprzewidywalni, jak Ty.
Czasem patrząc na nich zastanawiam się, który mógłby porozmawiać ze mną, który dotykać moich włosów, a który już ramion, ale szuka to odtrącam. To takie myślenie, ale nie lubię, gdy się włącza.
Za to po nocach śnisz mi się tylko Ty. W snach wymyślam Ci zazwyczaj różne zawody (jak w tym, gdzie byłeś policjantem, a ja nosiłam Ci kanapki na posterunek), ale to tylko w tych bardziej fabularnych, jeśli wiesz o czym myślę.
Poza tym - zauważ zależność. W zimę i lato nie potrafię, ale w przejściowych porach roku zbieram się i pracuję. Jak pszczółka. Jest we mnie wiele motywacji (skąd?), chęci (jak to?), zapału, nie wiem, tego czegoś. Powietrze jest jakieś inne. Nawet to skażone amoniakiem.
---
28 III 18:53
Możesz pomarzyć, suko. Już dawno nie miałam mokrych klawiszy.
---
30 III 6:21
Zaskoczyłeś mnie, potulnością. Zainteresowaniem. Chyba.
Zapalam moje dwie zielone świece (tak, to historia dworcowa - boże, jak ja nienawidzę krakowskiego dworca pkp. Każdy mężczyzna mojego życia albo tam ze mną zaczyna albo kończy - no, nie kończy, ale żegna się, na długo). Włączam Glassa i rozumiem te wioloczele. Brzydkie wiolonczelistki z pięknymi wiolonczelami. Muszą być brzydkie, znać ból odtrącenia. Wiolonczela jest najlepsza do odtworzenia tego. Rozumiem wiolonczele, nie wiolonczelistki (nie, nie mówię, że nie jestem brzydka, po prostu nie odtwarzam odtrącenia).
Ja nie muszę. Wmawiam sobie, że tak jest? Nie wiem. Nie czuję tego.
Nie odtwarzam, wyobrażam sobie.Jak by to było. Teraz. Często. Boję się tego, chwytam za telefon.. Nie. Jeszcze nie, lepiej nie. Wiesz, że ne chcesz złamać mi serca, ale to zrobisz, jak już prawie raz Ci się nie udało. Taśma klejąca, ale się trzyma. Teraz będzie prościej, szybciej rozwalić. A zdecydowanie gorzej się trzyma.
Wychodzę na porannego papierosa (6:12), tego przed snem lub przed wszystkim.
Spotykam kobietę w czarnym płaszczu na zarazsięzłamią szpilkach. Glass na słuchawkach. Stuk, stuk. Trochę wychodzi z rytmu, ale można wytrzymać. Zaraz pobiegnie dalej, do pracy zapewne.
Miałam uzupełnić kalendarz, znów nie mam danych. Chociaż nie wiem czy chcę pisać o czymś takim jak ta mała luka między nami. Mała? Nie wiem, ale była. I była potrzebna. Potrzebna? Tak, bardzo.
Cholera, że szczęście musi być zawsze takie bolesne.
Nie wiem, kiedyś zapiszę. Póki co nie chcę sobie przypominać, choć to samo przychodzi. Patrzę na koc - widzę to, kłuje mnie w karku - czuję to, przestaje działać lewa słuchawka - słyszę to. Ej przejdzie mi. Na pewno. Musi. Póki co jest dobrze. Prawda?
Zaskoczyłeś mnie, potulnością. Zainteresowaniem. Uległością. Trwałością. Dotykiem, słowami. Tym, że jesteś.
Zaskoczyłeś.
---
31 III 3:26
Znowu zaczęło mi odbijać, wystarczyły dwa słowa, kilka znaków.. Niepotrzebnie sama się na to skazuję. Jeszcze trochę, wytrzymaj. Przecież masz tak wiele w garści.
Sprzątam, jakby to miało cokolwiek pomóc, cokolwiek zakryć.
Nie pomagam sobie, rozjątrzam.
Ile jeszcze? Jestem niecierpliwa prawie tak samo jak leniwa.
25 mar 2011
you are glorious headfuck thing. own it.
straciłam sporą cześć siebie, uciekła ze mnie wszystkimi porami skóry podczas tej gorączkowej nocy.
i dlaczego miałabym się po tym wszystkim nie poczuć uzdrowiona? oczywiście, że się czuję.
mam gorączkowe majaki, omamy, stoły spadające z sufitu, jęki pieprzących się za ścianą studentów, miauczenie kota liżącego mnie rano po policzku, zawroty głowy wieczorem, sprawdzanie co chwilę telefonu, migotanie za mostkiem, papierosy za 50 groszy sztuka. cudownie.
tylko kilka (o, bagatela, tylko sto) dni. niewiele czasu.
ko cham Cię.
"you are a glorious headfuck thing. own it."
vs.
"I'd swallow razor blades to see your smile but even that wouldn't do it."
tak bardzo bardzo to wszystko odczuwam jak bardzo bardzo nie wiem nic.
zaplątałam się w tramwaju, wysiadłam gdzieś daleko od domu. drugi koniec miasta. włosy pachną mi tą wiosenną trawą. patrzyłam na ludzi odbijających się od szyb. pędzących do pracy. szkoły. mężów, żon, dzieci. do kochanków.
kochankowie - tak piękni w swej rutynie.
odpłynęłam.
herbata, papieros, laptop. książka, koty, dom. Jego bluza. łóżko, koc. znów gorączka. znów sprawdzanie.
ej, zawsze byłam sentymentalna, ale teraz to się robi niebezpiecznie trzeźwe i na miejscu.
realizuję plan, skreślam punkty z listy. zwiedzam swoje miasto w poszukiwaniu cze go kol wiek.
polubiłam zapach proszku do prania wiosną.
siedzę na balkonie i liczę liście na drzewach. słucha Bauhausu i marzę o "zagryźliwości".
kocham się w Jego odbiciu w mojej głowie.
odpierdala mi, mówiąc najkrócej.
znów mogę napieprzać w klawisze ile dusza zapragnie, tworząc sobie miraż (prywata, prywata pod publikę).
mogłabym zaćpać się na waszych oczach lub równie dobrze podjechać pod każdego z was dom wyjebaną furą, a wasza reakcja byłaby taka sama. w gruncie rzeczy dobrze sobie to uzmysłowić i mieć to gdzieś, układać po swojemu i DLA SIEBIE, układać się w społeczeństwie ze swoimi lękami, trącać ludzi rękami, ramionami, językami, zębami, pazurami, podeszwami. wszyscy tacy mądrzy, tacy szaro-kolorowi. a ja zamieszkam na takim samym łóżku, z takimi samymi nadziejami.
mogę po swojemu, mogę wśród was wszystkich.
nauczę się wkładać maskę, którą sobie w te wszystkie bezsenne noce wymalowałam i będę z nią paradować ulicami.
zdradzać się mogę tylko w obliczu jedynego, nieskłamanego.
nie wiem, czy to już mnie spotkało, ale zamieszkam z nim, a on zamieszka we mnie. jak dziecko, którym się zaopiekuję, by potem mógł zaopiekować się mną.
nauczyłam się już oddawać. uzależniłam się już od tego.
więc teraz idę umyć ręce i kontemplować odcień szarości chodnikowej płyty na mojej ulicy.
wiesz o tym, że jesteśmy idiotami?
bo ja wiem, i chyba dlatego Nas kocham.
a teraz moja głupota spowodowała, ze wyznałam nam miłość na blogspocie, ach, och, patrzcie.
jeszcze trochę i zacznie się znowu użalać nad sobą, jasna sprawa. idiotka, wszystkie rozumy pozjadała, bo nie słucha wuwuwuwuwuwu i opierdala się na lewo i prawo, my jej powiemy co o tym sądzimy, będziemy tacy alternatywni i fajni. grafomańscy i śmieszni.
zaśmiałabym się do łez gdyby nie fakt, że zostawiam je sobie na inne okazje.
Hasta la vista, la vida buena <:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
