uruchomiłam 68% maszyn. wyrabiam ponad normę. a Ty się potykasz, czerpiąc zyski ze swoich błędów.
już prawie biegłam na pocztę, zapakowałam dla Ciebie paczkę, leży na szafce i czeka na lepsze czasy. nagrody należą się tylko zasłużonym (co? nieprawda, okrutna nieprawda).
wiosna? na razie czekam na długą i ciemną zimę, w której zaszyję się jak dziecko, czerpiąć naturalne ciepło 36,6 a czasami w okolicach. naprawdę. "czerpię", nie "cierpię".
dzisiaj rano wpadła na mnie istota chora i marna. przespała pół popołudnia, a teraz robi wieczorne zakupy. magia chemii. czyżby?
przerażamy samych siebie niezdolni do działania. OTWÓRZ OCZY, CHOLERO!
.
24 paź 2011
21 paź 2011
rzucają ostrzami nie potrafią trafić nie wiedzą w co rzucać nawet przestali już krzyczeć.
oczy masz jasne jak górskie kryształy. odbijają się w nich sarny i połacie muraw i kosodrzewiny.
zakrywając swą przezroczystość, z uśmiechem, podążamy w górę wydeptanej ścieżki.
jasność nami rządzi. jest przewodnikiem.
wszystko już wiemy. a przynajmniej tak nam się wydaje.
oczy masz jasne jak górskie kryształy. odbijają się w nich sarny i połacie muraw i kosodrzewiny.
zakrywając swą przezroczystość, z uśmiechem, podążamy w górę wydeptanej ścieżki.
jasność nami rządzi. jest przewodnikiem.
wszystko już wiemy. a przynajmniej tak nam się wydaje.
20 paź 2011
18 paź 2011
"The very first time we met I was so tongue tied. I'd no idea what might I say. No words emerged on any breath of mine. It was you who took my breath away. I've always arrived at your door and I've been here some thousand times by now. And it's always the same but there's this changing light.The sun pours in when the morning comes and the floor's all gold. And in the middle of the night I might be twice as dark but the sun pours in when the morning comes and the floor's all gold. Take my coat - remove my shell and may all my bones be disolved as well. For behind all bones there's a tongue of flame.
I y i e l d t o y o u r a l l u r e a l i v e a g a i n."
popatruję na monitor
WYSŁAĆ? TAK / NIE
USUNĄĆ NA ZAWSZE? TAK / NIE
zagryzłam sobie wzrok na zawsze, na wieczność.
jestem chorobliwie zazdrosna o to odbicie, o taki wymiar, takie postrzeganie.
pięć lat temu stałabym z boku wbijając sobie pinezkowe kły w nadgarstek. dopóki oczy by mi nie zaszły mgłą i nie musiałabym odejść, żeby się zwyczajnie, jak dziecko, nie rozryczeć.
teraz podchodzę, rozrywam, ustawiam, deprawuję.. a przy tym uśmiecham od ucha do ucha - pinezki na wierzchu, tym razem nie grożą mi.
czy jest możliwe dać sobie radę z takimi dniami? w takim życiu?
jeśli dzisiaj złamię włosa, jutro odpadnie mi paznokieć, a potem będą lecieć zęby.
podstawowym punktem jest motywacja, ale ciężko o motywację przy braku oparcia.
na biurku leży prozac. to może ja też się wybiorę do lekarza po jakieś sztuczne uśmiechacze i motywatory?
z naturalnych z pomocą przychodzi do mnie jedynie mj, przezabawny artefakt, doprawdy. (nadmiar rozmów o HIII..)
pakuję w siebie nadmiar. otulam się ciepło chmurą ciężkich perfum i udaję, że mi się chce. udaję cokolwiek, przede wszystkim przed sobą, bo przecież jestem swoim własnym motorem napędowym, jedynym, który może mnie powstrzymać od mnie samej.
jestem jeden uchwyt-zachwyt i jakoś wyjdziemy na prostą falowaną.
I y i e l d t o y o u r a l l u r e a l i v e a g a i n."
popatruję na monitor
WYSŁAĆ? TAK / NIE
USUNĄĆ NA ZAWSZE? TAK / NIE
zagryzłam sobie wzrok na zawsze, na wieczność.
jestem chorobliwie zazdrosna o to odbicie, o taki wymiar, takie postrzeganie.
pięć lat temu stałabym z boku wbijając sobie pinezkowe kły w nadgarstek. dopóki oczy by mi nie zaszły mgłą i nie musiałabym odejść, żeby się zwyczajnie, jak dziecko, nie rozryczeć.
teraz podchodzę, rozrywam, ustawiam, deprawuję.. a przy tym uśmiecham od ucha do ucha - pinezki na wierzchu, tym razem nie grożą mi.
czy jest możliwe dać sobie radę z takimi dniami? w takim życiu?
jeśli dzisiaj złamię włosa, jutro odpadnie mi paznokieć, a potem będą lecieć zęby.
podstawowym punktem jest motywacja, ale ciężko o motywację przy braku oparcia.
na biurku leży prozac. to może ja też się wybiorę do lekarza po jakieś sztuczne uśmiechacze i motywatory?
z naturalnych z pomocą przychodzi do mnie jedynie mj, przezabawny artefakt, doprawdy. (nadmiar rozmów o HIII..)
pakuję w siebie nadmiar. otulam się ciepło chmurą ciężkich perfum i udaję, że mi się chce. udaję cokolwiek, przede wszystkim przed sobą, bo przecież jestem swoim własnym motorem napędowym, jedynym, który może mnie powstrzymać od mnie samej.
jestem jeden uchwyt-zachwyt i jakoś wyjdziemy na prostą falowaną.
13 paź 2011
jestem istotą z wygenerowanym w podświadomości kutasem. lubię obrywać po twarzy tak mocno jak walić w podziękowaniu w te dziecinne, śmieszne ryje. ktoś mi kiedyś zgasił peta na skórze, ktoś inny na uczuciach. już nie zapadam się w siebie, nie mam potrzeby obrony, bo przecież najlepszą obroną jest atak. takie proste, zupełnie jak z reklamy.
jeszcze jedna wojna, która dawno się skończyła, ale okoliczności rozdrapują ją na nowo. w sumie czemu nie, zazwyczaj tak jest.
czwartek trzynastego. a mnie nie bawią już słowa, bawią mnie całe sekwencje z udziwnionym szykiem.
boję się o moją wzrastającą bezradność, zapijaną herbatą.
"-Byłeś tu?
-Będę. Pochowasz mnie na takim cmentarzu. Tu jest antycznie, nie cuchnie śmiercią."
pokłóć się ze mną, nie chcę tego głaskania.
słowa nie rosną w siłę. tylko uderzenia.
jeśli jeszcze nie przestałeś mi się dziwić to zapraszam. przetsań patrzeć, weź udział w tej zabawie. pękające usta, podkrążone oczy, głupie rozmowy telefoniczne od nieznajomych. nie trzeba mieć pięciu par oczu, żeby dostrzec brak godności. potrzeba pięciu osobowości, żeby jej do końca nie utracić.
kiedyś Cię odzyskam, tylko najpierw muszę upaść, żebyś podszedł jak do padliny, bardzo blisko, a ja, ze skumulowaną siłą złapię Cię za kostkę, omotam, nie oddam... nie oddam? ode mnie zawsze jest ucieczka.
tak łatwo zawsze uciekasz, bo zawsze naprawdę Ci na to pozwalam. nie dlatego, że tego chcesz.
kłamię Ci w żywe oczy, zmyślam, fabularyzuję.
tak naprawdę nawet nie wiesz kto sypiał w Twoim łóżku, prawda?
wiesz, że kiedy zasypiasz oczy otwieram i staje się magia?
nigdy mnie nie wyczułeś, zawsze zasypiasz pierwszy, mocno łapiesz się snu, wciskasz się w pościel.
jak bardzo to "kocham Cię" jest rozreklamowane i żałosne.
wyciągnij moją miłość z kosza na brudną bieliznę i powieś w oknie, niech sobie popatrzą na te przetarte koronki. myślą, że przez to wiedzą wiele, ale nawet Ty dobrze wiesz, że nie pokazałeś ty nic znaczącego. kilka sekrecików z technicznej kwestii zza zamkniętych dotąd granic prześcieradła. ale nawet Ty pewne kwestie pozostawiłeś jakby w obawie, że się odkryjesz. więc okłamujesz. okłamujesz mnie, ich, siebie. rzucam Ci na to w odpowiedzi jakąś bajeczką i mogę się przekręcić, tak bardzo mnie zwija ze śmiechu na tym balkonie trzeciego piętra.
kopię Cię piętą w łopatkę, kopnięciem rozespanej ćmy. za karę ogryzasz mi kawałek kolana. bezwstydnie, w zasadzie.
jeszcze jedna wojna, która dawno się skończyła, ale okoliczności rozdrapują ją na nowo. w sumie czemu nie, zazwyczaj tak jest.
czwartek trzynastego. a mnie nie bawią już słowa, bawią mnie całe sekwencje z udziwnionym szykiem.
boję się o moją wzrastającą bezradność, zapijaną herbatą.
"-Byłeś tu?
-Będę. Pochowasz mnie na takim cmentarzu. Tu jest antycznie, nie cuchnie śmiercią."
pokłóć się ze mną, nie chcę tego głaskania.
słowa nie rosną w siłę. tylko uderzenia.
jeśli jeszcze nie przestałeś mi się dziwić to zapraszam. przetsań patrzeć, weź udział w tej zabawie. pękające usta, podkrążone oczy, głupie rozmowy telefoniczne od nieznajomych. nie trzeba mieć pięciu par oczu, żeby dostrzec brak godności. potrzeba pięciu osobowości, żeby jej do końca nie utracić.
kiedyś Cię odzyskam, tylko najpierw muszę upaść, żebyś podszedł jak do padliny, bardzo blisko, a ja, ze skumulowaną siłą złapię Cię za kostkę, omotam, nie oddam... nie oddam? ode mnie zawsze jest ucieczka.
tak łatwo zawsze uciekasz, bo zawsze naprawdę Ci na to pozwalam. nie dlatego, że tego chcesz.
kłamię Ci w żywe oczy, zmyślam, fabularyzuję.
tak naprawdę nawet nie wiesz kto sypiał w Twoim łóżku, prawda?
wiesz, że kiedy zasypiasz oczy otwieram i staje się magia?
nigdy mnie nie wyczułeś, zawsze zasypiasz pierwszy, mocno łapiesz się snu, wciskasz się w pościel.
jak bardzo to "kocham Cię" jest rozreklamowane i żałosne.
wyciągnij moją miłość z kosza na brudną bieliznę i powieś w oknie, niech sobie popatrzą na te przetarte koronki. myślą, że przez to wiedzą wiele, ale nawet Ty dobrze wiesz, że nie pokazałeś ty nic znaczącego. kilka sekrecików z technicznej kwestii zza zamkniętych dotąd granic prześcieradła. ale nawet Ty pewne kwestie pozostawiłeś jakby w obawie, że się odkryjesz. więc okłamujesz. okłamujesz mnie, ich, siebie. rzucam Ci na to w odpowiedzi jakąś bajeczką i mogę się przekręcić, tak bardzo mnie zwija ze śmiechu na tym balkonie trzeciego piętra.
kopię Cię piętą w łopatkę, kopnięciem rozespanej ćmy. za karę ogryzasz mi kawałek kolana. bezwstydnie, w zasadzie.
11 paź 2011
nawiedzają mnie wspomnienia, i to w momencie, w ktorym powinna nawiedzac mnie przyszlosc. pewnie to nie przypadek.
ucieklam w strefe niebezpieczna i zdecydowanie nie okrywajaca mnie zadna wartswa ochronna.
w stanie spokojnej ciemnosci latarnie maja kly.
kilkudniowa przerwa od alkoholizacji, tygodniowa od calej reszty.
o tak, bardzo bym chciala.
uciekam od kolejnego qtasa, ktory sie do mnie doczepil.
sypiam na miniaturowej, rozwalającej się kanapce, zwinięta w pozycji embrionalnej.
otworzyłam cudzy balkon, pada deszcz. umyłam cudzą kuchnię.
przed nami spokój i głód na palenie.
niepotrzebne ryzyko.
sceny z życia pozamałżeńskiego, herbata i papierosy (cudze).
budzą mnie dźwięki z ruchliwej drogi obok.
już więcej nie chcę wracać do domu.
ucieklam w strefe niebezpieczna i zdecydowanie nie okrywajaca mnie zadna wartswa ochronna.
w stanie spokojnej ciemnosci latarnie maja kly.
kilkudniowa przerwa od alkoholizacji, tygodniowa od calej reszty.
o tak, bardzo bym chciala.
uciekam od kolejnego qtasa, ktory sie do mnie doczepil.
sypiam na miniaturowej, rozwalającej się kanapce, zwinięta w pozycji embrionalnej.
otworzyłam cudzy balkon, pada deszcz. umyłam cudzą kuchnię.
przed nami spokój i głód na palenie.
niepotrzebne ryzyko.
sceny z życia pozamałżeńskiego, herbata i papierosy (cudze).
budzą mnie dźwięki z ruchliwej drogi obok.
już więcej nie chcę wracać do domu.
26 wrz 2011
nie ma mnie. schowałam się w bałkańskich i klezmerskich dźwiękach, otuliłam ciało chustą z koca, zakatarzyłam się na wieczność. pół nocy nie mogłam spać, bo budził mnie ból śluzówki. niepotrzebnie mi akurat teraz to chorowanie, chyba ma mnie powstrzymać przed wzięciem tego kredytu. ostatnie 10 złotych patrzy na mnie i prosi o papierosy. póki co jednak nie wychodzę z domu.
nadal
nie wiem
co mam
zrobić.
gdybyś mi powiedział byłoby mi trochę lżej.
---
zaspokajam się krakowską jesienią.
20 wrz 2011
"Tej nocy mogłem zgwałcić kobietę
mogłem utopić płaczące dziecko
mogłem mordować każdym narzędziem
albo kochac wszystko
mogłem torturować zwierzęta
albo litowac się nad nimi
mogłem podpalać domy i szpitale
albo pielęgnować chorych
mogłem budować więzienia
Tej nocy mogłem zrobić wszystko
nie zrobiłem niczego
świat przestał znaczyć
nie było już nic
tylko śmierć jeszcze istaniała
czułem jej zapach w rzeczach"
mogłem utopić płaczące dziecko
mogłem mordować każdym narzędziem
albo kochac wszystko
mogłem torturować zwierzęta
albo litowac się nad nimi
mogłem podpalać domy i szpitale
albo pielęgnować chorych
mogłem budować więzienia
Tej nocy mogłem zrobić wszystko
nie zrobiłem niczego
świat przestał znaczyć
nie było już nic
tylko śmierć jeszcze istaniała
czułem jej zapach w rzeczach"
Kazimierz Ratoń
zabawiam się słowem zdecydowanie umiejętniej
niż sobą
ślepe kręte uliczki
przewracam się na lewy bok i duszę
nie wiem po co się tak starasz
potrafię to zrobić inaczej
nigdy
wcześniej
nie miałam
tak wielkiej
ochoty
wsadzić komuś łyżeczkę w oko
więc fajnie, że nie miałam łyżeczki pod ręką
cześć Mamo, Krakowie, jestem u siebie. te chodniki mnie słuchają.
piję herbatę hektolitrami i udaję, że wcale nie zrobiłam sobie żadnego chamstwa.
a teraz idę odfolkpocząć, następnie zwiedzać i robić zdjęcia.
pachnę inaczej i chwała bogom.
13 wrz 2011
autobusy są schorowane, rozpływają się w tym upale. a ja w bluzie i
kapturze popierdalam przez to miasto, którego nienawidzę, w środku nocy,
ja, słuchawki i mój trip. środek nocy, pełnia Księżyca, samotność.
telefon od I. "od kode spuchły mi oczy".
idę do M., znajduję papierosy, gadamy o relacjach damsko-męskich, zabijamy pająka, wracam do domu. Park K. w samym środku nie ma latarni. jest ciemno, trawa jest mokra i to wszystko jest dobre.
więc wczoraj znowu 25, a teraz idę się porządnie upić.
ależ mnie to wszystko bawi. nigdy w życiu nie byłam tak ironiczna.
z nieba spadają diamenty, połykam je. połykasz? tak, połykam. a co, mam je sobie przyczepić do cycków?
ukrywam swoje szczęśliwe momenty, liczę, że może kiedyś oczy mi się zaczną od tego świecić.
a może nie.
telefon od I. "idziesz na imprezę? weź jakieś kiecki i przyjeżdżaj". chryste pańskie, ja i kiecki.
to, że chce mi się w ogóle szykować na imprezę z ludźmi, których nie znam oznacza tylko jedno - księżyc jest zdecydowanie jeszcze za blisko..
cieszę się, że na dzisiejszym kacoacu naprawdę ładnie wyglądam. ba, zajebiście. Panowie, padać do stóp.
p.s. Matt przyjeżdża za tydzień, może wkrótce będą jakieś zdjęcia. może nawet nie takie
normalne, zobaczymy na ile go namówię. I czy w ogóle uda się nam
dogadać. (cos maj inglisz is faking łik, as hel). ale ogólnie jeśli o to chodzi <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)