.
28 maj 2012
8 maj 2012
G-sk
sześciodniowy projekt "Gdańsk" uważam za w miarę udany, pogoda dopisała, rodzina szczęśliwa (nawet się rodzicielka zbytnio nie rzucała, że znikam na całe dni), kilka ciuchów i dwie pary butów zakupione, mniej i bardziej dziwne miejsca obczajone - muszę przyznać, że miasto naprawdę podoba mi się coraz bardziej.
podróż pociągiem w miarę do wytrzymania, choć ludzi przybywa coraz więcej wraz z ciepłymi dniami.
wrzucam zdjecia z poróży południe - północ i kilka juz na miejscu.
nasze kochane, zimne, brudne morze
i na koniec dobre żarcie:
26 kwi 2012
1. tak sobie myślę, że pewnego dnia wejdę na mojego lasta i pomyślę "że co? skąd tu tyle hip hopu!?" ale póki ta chwila nie nastąpi, nie spaceruję po ulicach, a bujam się po osiedlach.
2. 90% rzeczy działających mi ostatnimi czasy mocno na nerwy, w ostatnim tygodniu jedynie delikatnie mnie irytowało. przymusowy spacer w środku nocy w ulewie dzielnie z uśmiechem na ustach, powiększone węzły chłonne, kichanie i roztrzęsone dłonie dnia następnego - z uśmiechem na ustach, utracone dane z półrocznego dusku - z uśmiechem, ohydny windows xp - również.
nie wiem czy to malejący księżyc, wiosna czy jakieś jeszcze inne cuda, ale (choć pewnie pisząc to już wykrakałam) mam nadzieję, że szybko się to nie zmieni.
3. tak długo nie mogłam się zdecydować na lekturę (a pdfowa "Achaja" podziałała na nerwy moim oczom już po trzech stronach), że w końcu wybór padł na "Igrzyska smierci". tak, wiem, ale siostra to przytargała do domu pożyczone od koleżanki, po dwudziestu stronach rzuciła i po raz trzeci probuje przebrnać, przez "My, dzieci z dworca Zoo" (nie mam pojęcia kto ją spłodził, ale chyba nie moi połykający książki niczym pierogi ruskie rodzice?). wzięłam i w wannie przeczytałam 60 stron, niby lekko, niby przyjemnie, ale to nie "Zmierzch", oczekuję naprawdę dobrej rozrywki przy czytaniu.
4. nowe Elsiane - niby tak siedzenia nie urywa jak pierwsza płyta, ale jednak, po wielokrotnym przesłuchaniu (podobnie jak poprzednio zresztą) wkręca się coraz bardziej i bardziej, a potem trudno przełączyć:
no i tym razem okładka sto razy lepsza - kto kojarzy poprzednią (kto nie ten może zobaczyć tu, nie publikuję nawet tego różowego czegoś) zrozumie słowa R., który rzekł "nie brałbym. czułbym się jakbym ruchał gościa z reklamy Boomera" (y)
5. z innej szuflady - gdyby Gooral nie wsadzał w większość kawałków na tej płycie midi a la mario Bros mieszanych z dupstepowym wubble bassem i motywami góralskimi to byłoby niezłe cacko. to jest naprawdę prześwietny numer:
i kończąc tym jakże melancholijnym akcentem pozwolę sobie wrócić do mojego najbardziej ulubionego filmu ever i śpiewania w deszczu, i ultra przemocy, brataszkowie moi:
więcej mi się nie chce, dziękuję za uwagę, dobranoc.
20 kwi 2012
8 kwi 2012
===
szybko zmontowałam świąteczne dni z resztek zapasów energii. odłączyłam się od ludzi, większość czau uciekałam i unikałam odpowiadania na, zazwyczaj trywialne, pytania. robiłam zdjęcia fosforyzującego deszczu i piłam hektolitry zielonej herbaty o smaku grejfrutowym. przeczytałam trzy książki i męczyłam sąsiadów eminemem - ku radości studentów z naprzeciwka. pocieszałam smutniejszych ode mnie płaczących nad rozlanym piwem z sokiem malinowym.
cieszyłam się sobą, nareszcie.
mokrego dyngusa dla Pań, a Panom - wesołych jajek.
ps: świetne, świetne i jeszcze raz świetne!:
30 mar 2012
- mała, masz jakąś fobię? lęk wysokości, klaustrofobię, a może coś totalnie dziwacznego?
zapytał ją z uniesionymi brwiami i zmarszczonym czołem, przypominającym piaskowe wydmy, a ona skakała po trawie trzydzieści centymetrów od dziesięciometrowej przepaści. jej beztroska wylatywała jej spod sukienki przy każdym podskoku i leciała ww wszystkie strony tego szaro brązowego miasta. białe skarpetki od spodu zaczynały już nabierać lekko zielonego odcienia.
- jasne, że mam, boję się duchów i zombie.
i ten uśmiech od kokardki do kokardki okalających blond loki.
i co zrobisz z tak beztroską, a już dorosła istotą, gdy tak cię kusi, i tak zagrywa, wciąż udając przypadki, wciąż udając niewiedzę, a rozpustę ma wszędzie na sobie wypisaną, od tych białych skarpetek z kokardkami, przez poobijane od potknięć kolana, sukienkę z plamą od truskawkowego loda na białej piersi, po piegowaty od słońca nos, szklane spojrzenia i te kokardki we włosach, dzięki którym wygląda na trzynastoletnią lolitkę.
1. po nocach nie mogę spać, po dniach nie mogę myśleć, zabrać się za cokolwiek, wymuszam jakiekolwiek odpowiedzi na matczyne opowieści, których nie mam siły ani ochoty słuchać, nie chce mi się wychodzić z domu (ach, piękna pogoda, wiosna, pełna energia), jedynie na papierosa od czasu do czasu. czytam książki i wpatruję się w ścianę, tak bardzo tandetne i typowe to moje na wpół depresyjne przesilenie wiosenne. plus miewam koszmary, takie typowe dla mnie, na wpół ładne, na wpół obrzydliwe, zmuszające do refleksji nad proporcjami człowieczeństwa i wyuzdania w sobie samej. (czy to, że mam wyrzuty z powodu braku wyrzutów oznacza, że jednak mam wyrzuty?)
2. czy tylko ja słyszę to delikatne, acz ładne podobieństwo w bitach na początku? *_*
3. z niusów - wreszcie coś dobrego w PKP, bardzo spoko. (liczę, że jeszcze mi się ta informacja przyda, pożyjemy, zobaczymy, zestarzejemy się):
Od 1 kwietnia zmiany w ofercie PKP Intercity. Taniej do Trójmiasta
4. "Och, Maga, w każdej kobiecie, która była do ciebie podobna, niby ogłuszająca cisza wzbierało jakieś wyostrzone krystaliczne oczekiwanie, klęsnące pośród smutku, jak mokry parasol, który się składa. Tak, właśnie jak parasol, Maga.(...)".
26 mar 2012
1. ogromnie dziękuję za przypadkowy upload Pani Nożownik, za Umbrę, a konkretnie "possum play falcon" - SGU nigdy się nie nudzi, ale dobrze jest wydobyć nieznane stare dźwięki (:
2. drugi weekend w Gdańsku, nie czuję ciała, nie czuję umysłu. pozostaję sobie na umiarkowanej fali zadowolenia i jakoś się tym ładuję cały dzień (no, i jeszcze kawą i tigerami). krótko i bez zdjęciowo, bo tuż przed wyjazdem zostałam pozbawiona trzeciego oka, zatem wszystkie ładne momenty jedynie w móżdżku. szkoda, bo oświetlenie pierwszorzędne, no i wiosna. wiosna. dokładnie, zdecydowanie, wiosna.
3. znajduję coraz więcej chęci, chyba przez tę pogodę, żeby wyjść, tak bez sensu i celu i się powłóczyć, poczytać książki, poobserwować to wszystko. z różnymi wnioskami i w różnym stanie się wraca do domu.
4. więc tak trochę mnie pozytywnie na koniec:
2. drugi weekend w Gdańsku, nie czuję ciała, nie czuję umysłu. pozostaję sobie na umiarkowanej fali zadowolenia i jakoś się tym ładuję cały dzień (no, i jeszcze kawą i tigerami). krótko i bez zdjęciowo, bo tuż przed wyjazdem zostałam pozbawiona trzeciego oka, zatem wszystkie ładne momenty jedynie w móżdżku. szkoda, bo oświetlenie pierwszorzędne, no i wiosna. wiosna. dokładnie, zdecydowanie, wiosna.
3. znajduję coraz więcej chęci, chyba przez tę pogodę, żeby wyjść, tak bez sensu i celu i się powłóczyć, poczytać książki, poobserwować to wszystko. z różnymi wnioskami i w różnym stanie się wraca do domu.
4. więc tak trochę mnie pozytywnie na koniec:
19 mar 2012
nie jestem dawno
"Wiesz kochanie
Może ty ze mną razem znikniesz
Mogę pokazać ci coś więcej niż pieprzony hajs
Pokazać ci to miejsce wcale nie daleko tak
Im jest trudniej, ciężej, jestem bliżej
I tylko twój uśmiech pcha mnie do przodu"
z cyklu: może nie super ambitne, ale bardzo prawdziwe liryki z rapu.
Może ty ze mną razem znikniesz
Mogę pokazać ci coś więcej niż pieprzony hajs
Pokazać ci to miejsce wcale nie daleko tak
Im jest trudniej, ciężej, jestem bliżej
I tylko twój uśmiech pcha mnie do przodu"
z cyklu: może nie super ambitne, ale bardzo prawdziwe liryki z rapu.
17 mar 2012
“ Minęło kilka dni. Od kilku dni jeżdżę na drugi koniec miasta.— Świetlicki
Pamiętałem po co jeszcze przedwczoraj. Dzisiaj nie pamiętam.
Przez park, po wielkich wyświechtanych liściach, pod drzwi.
Zadzwonić, zapukać, postać, pomedytować, odwrócić się, odejść.
To już nie jest cierpliwość, to jest religia.
To już nie jest religia - dzisiaj ktoś poruszył się wewnątrz.
Jutro będzie wiosna i będę dłużej pukać.
Zrób mi jakąś krzywdę, czyli jadę nad morze.
dwie książki Żulczyka na wpół przeczytane (ślęczenie ze ślepiami wbitymi w ekran laptopa), na wpół odsłuchane (laptop na pralce, ja w wannie), "Instytut" przyjemny, choć szału nie ma, ale nie chcę się zbytnio rozpisywać, bo bardziej skupiam się na drugiej pozycji, ale klimat krakowsko - knajpowy tak bardzo bliski, a jednocześnie daleki (trzeba wreszcie znów pojść się najebać, tak dawno tego nie robiłam w knajpach na mieście), poza tym miejsce akcji praktycznie sąsiedzkie, trochę grozy, trochę śmiechu.
tak więc "Zrób mi jakąś krzywdę" już bardziej mnie pociachało, to jest zbyt odpowiednie na stan tu, teraz, bo przecież wsiadam w jakiś środek lokomocji ze zmiętym banknotem lub dwoma i jadę, bez planu, bez chociażby wizji, jeszcze trochę pijana, kompletnie bez zastanowienia, na drugi koniec Polski, nie ma dla mnie barier, są jedynie granice portfela. wszystko pod głupim hasłem "a czemu nie?".
trzeźwieję w połowie drogi do Warszawy i zaczynam się zastanawiać co robię - nie mam przecież żadnej piętnastolatki do porwania, w ogóle nikogo do otoczenia opieką, nie mam nikogo do kochania (dobę później słyszę: chodź, zostań moim kotkiem, będę o Ciebie dbał, będę się Tobą opiekował, srutututu, i mam krótkie deja vu z tej mojej wcześniejszej chęci bycia matką, opiekunka, mózgiem całej operacji, ale jak zwykle staję w miejscu i świdruję wszystko dokoła oczkami, ziemie, niebo, budynki, towarzyszy, i stoję tak, niezdolna do ruchu, do podjęcia jakiejkolwiek, nawet najgłupszej decyzji. niech się dzieje obok mnie. masz ci los, widziałeś taką matkę, opiekunkę?). więc jadę i mam ostatnie kilka papierosów i rozwalające się trampki. kurwa. no dobra, jakoś to będzie, zawsze jest.
bez opisywania co jak gdzie i dlaczego, bez ekshibicjonizmu, bo przecież statystyki googla mówią mi jasno, że ktoś tu wchodzi od czasu do czasu, podsumuję - jakoś było. chyba nawet było dobrze.
wracam na to moje śmieciowisko po trzynastogodzinnej podróży pociągiem, z czego połowę przespaliśmy w przedziale z jakimś dresem rozkładając swe ciała na przeciwległych siedzeniach, a drugą połowę przespałam sama. wracam, kupuję fajki w pierwszym kiosku, wchodzę do wanny, idę się napić, a potem wracam do Żulczyka i wtedy to do mnie zaczyna wychodzić z tego ekranu, dociera do mnie ten komizm sytuacyjny, pozmieniaj bohaterów, dodaj większą nieporadność i mniej chore przypadki losowe i wypisz, wymaluj wszystko się zgadza.
dobra, skarbie, Kochanie, rybko i pipko, idę spać, zawijam się kołdrę, nie ma mnie, jutro też będzie dzień, jutro też będzie kiepski dzień, a jeśli Ci powiem, że nie mogę zapomnieć, to co, a jeśli Ci powiem, że nawet nie próbowałam, to co, jeśli Ci powiem, że jestem, że wiem, że jesteś, że nie wiem, a chcę wiedzieć jak jesteś, to co, no ale nie pytam, nie mówię, dobranoc, kurwa, dobranoc, nie ma mnie znikam, milczę. nie chrapiesz, mruczę.
tak więc "Zrób mi jakąś krzywdę" już bardziej mnie pociachało, to jest zbyt odpowiednie na stan tu, teraz, bo przecież wsiadam w jakiś środek lokomocji ze zmiętym banknotem lub dwoma i jadę, bez planu, bez chociażby wizji, jeszcze trochę pijana, kompletnie bez zastanowienia, na drugi koniec Polski, nie ma dla mnie barier, są jedynie granice portfela. wszystko pod głupim hasłem "a czemu nie?".
trzeźwieję w połowie drogi do Warszawy i zaczynam się zastanawiać co robię - nie mam przecież żadnej piętnastolatki do porwania, w ogóle nikogo do otoczenia opieką, nie mam nikogo do kochania (dobę później słyszę: chodź, zostań moim kotkiem, będę o Ciebie dbał, będę się Tobą opiekował, srutututu, i mam krótkie deja vu z tej mojej wcześniejszej chęci bycia matką, opiekunka, mózgiem całej operacji, ale jak zwykle staję w miejscu i świdruję wszystko dokoła oczkami, ziemie, niebo, budynki, towarzyszy, i stoję tak, niezdolna do ruchu, do podjęcia jakiejkolwiek, nawet najgłupszej decyzji. niech się dzieje obok mnie. masz ci los, widziałeś taką matkę, opiekunkę?). więc jadę i mam ostatnie kilka papierosów i rozwalające się trampki. kurwa. no dobra, jakoś to będzie, zawsze jest.
bez opisywania co jak gdzie i dlaczego, bez ekshibicjonizmu, bo przecież statystyki googla mówią mi jasno, że ktoś tu wchodzi od czasu do czasu, podsumuję - jakoś było. chyba nawet było dobrze.
wracam na to moje śmieciowisko po trzynastogodzinnej podróży pociągiem, z czego połowę przespaliśmy w przedziale z jakimś dresem rozkładając swe ciała na przeciwległych siedzeniach, a drugą połowę przespałam sama. wracam, kupuję fajki w pierwszym kiosku, wchodzę do wanny, idę się napić, a potem wracam do Żulczyka i wtedy to do mnie zaczyna wychodzić z tego ekranu, dociera do mnie ten komizm sytuacyjny, pozmieniaj bohaterów, dodaj większą nieporadność i mniej chore przypadki losowe i wypisz, wymaluj wszystko się zgadza.
dobra, skarbie, Kochanie, rybko i pipko, idę spać, zawijam się kołdrę, nie ma mnie, jutro też będzie dzień, jutro też będzie kiepski dzień, a jeśli Ci powiem, że nie mogę zapomnieć, to co, a jeśli Ci powiem, że nawet nie próbowałam, to co, jeśli Ci powiem, że jestem, że wiem, że jesteś, że nie wiem, a chcę wiedzieć jak jesteś, to co, no ale nie pytam, nie mówię, dobranoc, kurwa, dobranoc, nie ma mnie znikam, milczę. nie chrapiesz, mruczę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

