.

.

9 kwi 2010

,

i tu nadszedł ten dzień, w którym mogę powiedzieć konkretnie: bywało lepiej, jest naprawdę beznadziejnie.












8 kwi 2010

.

włosy same zaplątują mi się w węzełki.
jutro czeka mnie romans z Kochanowskim, gdyby nie to, że jest to ostatni dzień na napisanie tej pracy, pewnie poszłabym na rower. pewnie poszłabym robić zdjęcia. pewnie poszłabym słać uśmiechy.
ale tak nie będzie, przykuję łokcie do blatu i pisać będę.
chyba że, na horyzoncie, ale to dopiero wieczorem, pojawi się papierosowa opcja.
nie idę na koncert, ale to nie znaczy, że nie mogę pić przed koncertem.


przede mną noc, długa i szeroka, spać będę bez ograniczeń, a jutro wrócę do zwyczajnego oszukiwania świata, że wcale mnie to nie martwi, że tak naprawdę mam nieograniczoną ilość energii, radości i szczęścia.
martwienie się w czterech ścianach, może i jest dla mnie, ale nie taką porą roku, nie przy takim słońcu.
równie dobrze mogę pomysleć o tym wszystkich siedząc w kucki na polanie na Woli i patrząc na to miasto z góry, dzierżąc w prawicy butelkę wina i zaciągając się jakiejś dobrej marki papierosem, smiejąc się przy tym z dowcipów, opowiadając sobie historie. 
wszystkie książki nieprzeczytane, wszystkie albumy nieprzesłuchane, wszystkie zaliczenia nie pozaliczane. dopiero dzisiaj przypomniało mi się, że muszę złozyć wniosek o dowód, dowód odebrać, zapisać się do grodzkiego urzędu pracy, znaleźć pracę, zarobić poważne pieniądze, oddać długi i móc powiedzieć wrreszcie na końcu, że nie jest źle.
jeszcze nie wiem czy to jest wykonalne, w moim wykonaniu pewnie nie do końca, moje lenistwo, które do tej pory było atutem, zaczęło być przeszkodą i w dodatku właśnie przeżywam jego apogeum.


podejscie pt. 'będzie natchnienia-będzie praca' właśnie straciło sens. natchnienie odeszło wraz z nadejściem cieplejszych dni zanim zdążyłam się nim natchnąć, i raczej nie zakładam takiej możliwości, żeby wróciło.
teraz praca musi wyjść z niczego - jak boska - lub pozostaje mi czekać na kolejne natchnienie. 
myślę, że to pierwsze jest mimo wszystko bardziej możliwe.



7 kwi 2010

Fr

Kacha Godwill

Bonsai





i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry



Ty i ja - ofiary przedwcześnie obciętej pępowiny 

mając lat dwadzieścia parę moczymy prześcieradła 
Ty i ja chowamy nasze ręce głęboko w kieszeniach 
wstydząc się przed światem kciuków wyssanych aż po kość 
i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry 
ty i ja uzależnieni od ciepłych głosów psychologów 
czujemy się prawdziwie bezpieczni w zacisznych gabinetach 
a gdy mamy problemy z zaśnięciem pomimo zmęczenia 
połykamy jak najprędzej sztuczny sen w niebieskiej polewie 

i chociaż mamy dwie nogi, ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry

















6 kwi 2010

odtworzenie.



\







.




telefon dzwoni mam to gdzieś
kolejna szklanka spada trupem w dol
nieważne jutro ani dziś
nie cierpię ludzi nienawidzę żyć

do wczoraj miałeś mnie codziennie
razem spoceni, pozbawieni sił
a dzisiaj znów się nic nie liczy
znowu udaję, że nie kocham Cię.

gryzę Ciebie, krzyczę: bądź.
nie chcę, byś uciekł stąd.
piję dużo i udaję, że to sen.

nie mam pojęcia, kto był dzisiaj ze mną.
za szybko skończył i uśmiechnął się.
leżałem chwilę przerażona, jęcząc
i udawałam, że nie tęsknię, nie.

konam już tak któryś dzień
i wyglądam jak swój cień
nigdy nie powiem Tobie, że to Ty.
gryzę Ciebie, krzyczę: bądź.





5 kwi 2010

kill me if you there

pójdę spać.
nie jedynym Twoim budulcem jest materia.
pachniesz zniewoleniem wolnością.
ona ma lepszą zieleń.
ja mam lepszą trawę.
upadasz na mnie na twarz.
dlaczego chcę się w to zapaść?
dlaczego, znając odrzucenie, wystawiam głowę i opieram ją na tym nieufnym ramieniu?
znasz to uczucie, gdy stoisz w deszczu i po całym ciele przechodzą Ci ciarki?
jeśli nie, to wyjdź teraz na ulicę w skąpym ubraniu i popatrz w gwiazdy. 
tak samo się czuję, kiedy któraś z naszych dłoni przebiega palcami wzdłuż tego drugiego kręgosłupa.












Jestem pionowa

Lecz wolałabym być pozioma.
Nie jestem drzewem zakorzenionym w ziemi,
Ssącym minerały i macierzyńską miłość,
Żeby każdego marca rozbłysnąć liściem,
Nie jestem też tak piękna jak kłąb ogrodowy,
By wzbudzać okrzyk zachwytu wspaniałą barwą,
Nieświadoma, że wkrótce utracę swe płatki.
W porównaniu ze mną drzewo jest nieśmiertelne
A główka kwiatu bardziej godna podziwu.
Ja zaś pożądam długowieczności drzewa i śmiałości kwiatu.

Dzisiejszej nocy, w bladym świetle gwiazd,
Drzewa i kwiaty rozsiewają świeże zapachy.
Przechadzam się pośród nich, lecz mnie nie widzą.
Wyobrażam sobie, że kiedy śpię,
Jestem do nich bardzo podobna-
Myśli mi się mącą-
To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem,
A stanę się użyteczna, gdy położę się już na zawsze:
Wówczas drzewa choć raz mnie dotkną, a kwiaty znajdą dla mnie czas



S.P.






dasz sobie radę. uciekaj.