.

.

18 maj 2010

A Necessary End. Ghost of Perdition.





 SALTILLO - A NECESSARY END

 OPETH - GHOST OF PERDITION



zatamowałeś rozwój wiosny, teraz mokra słoność odbija się od chodników pod kołami roweru.
Kraków zalany deszczem, którego za dużo, nawet dla mnie.

zawitałam w siebie, od wewnątrz, do wewnątrz.
okrutny głód nikotynowy.

z ł e   w i z j e . 
z ł e   m i s i e .
z ł e   m i   s i ę   ś n i .


czemu to robisz przestań nie przestawaj
czemu się budzę zostaw nie zasypiaj
kłócę swoje własne niepokoje
włączam je, słucham ich, trawię je.
i choć nie myślę o nich, one same się myślą.
w mojej głowie.


wyrzuć
złap
zgwałć
wypal
zniszcz
zdepcz
znieważ
wyrzuć
złap
zgwałć
...


cześć, zapłaciłam, wypaliłam, zgasiłam, poleciało za okno.
im dłużej patrzę tym bardziej moknę i choć nie mogę się powstrzymać od myśli, że to nie może być dobry pomysł, to napawa mnie to takim strachem i adrenaliną, podnieceniem, że składam ręce, podpieram głowę i nie wiem co robić.
Wisła wylała, a jak nigdy mam ochotę siąść sobie na bulwarach na ławce, zapalić, pomyśleć, odpłynąć... nie to nie jest dobre słowo.
pachnie to wszystko jakoś tak przyjemnie, jakby znajomo, ale nie pamiętam.
czy to tylko potrzeba?
czy ja już nie umiem mówić wprost?

17 maj 2010

deszcz wypala mi dziurę w myśleniu.
skończyła mi się lychee, skończył się earl grey, ale brakuje mi papierosa jeszcze.
ciepło, ufam.
naprawdę.


jeszcze kilka tygodni, puste butelki po winie, puste paczki po papierosach;
zobaczyłeś światło, więc przyszedłeś, zadzwoniłeś i otworzyłam. nie przyszedłeś rozmawiać, nie przyszedłeś się kłócić, nie przeszedłeś prowadzić odwiecznej wojny.
Ty przyszedłeś się kochać.


smakujesz jak sok z białych winogron. spokojny zapach wypełnia moje myśli.
ostatecznie przecież będzie jak zawsze. 

crave Y.

wszystko jest takie ciche podczas tych poranków z Myslovitz albo tych wieczorów z Joy Division.
lubię to miasto, cicho szemrzące samochodami gdzieś za oknem.
nie zajmiesz mnie stukotem obcasów.
pochłonięta zapachem dźwięku, w dżinsach, rozciągniętym swetrze, przemoczonych butach, bez parasola, z zapożyczonym parasolem - będę szukać aż znajdę. może nie będzie to wiara, może tylko uśmiech. może Twój, bo to już jest różnica. naznaczasz. 
spakowałam emocjonalną walizkę na dzień przed. rozwaliła się i już nie chce się zamykać.
nie wiem co mnie spotkało. nienawiść? brzydkie i złe słowo.
owiane smrodem wiosennej Wisły, tłuczone szkło, firanka, prześcieradło, sweter, włosy skóra, kropka.
chce mi się tak bardzo palić, że odchodzę od zmysłów i nie wiem co pisze.
moja wola stała się waleczną suką, a ja stoję po drugiej stronie barykady. prędzej pozwoli o sobie zapomnieć niż z siebie skorzystać.
powinnam iść spać, choć nie chcę. ostatnio sypiam po cztery godziny na dwie doby, o ile w ogóle, i to jakimi popołudniami. noce już robią się nudne, ale porankiem wychodzę gdzieś, gdzie powinnam czuć się spokojna.
jednak ten zapach przyprawia mnie o mdłości, cisza piszczy mi w głowie, a czas jest wolny jak nigdy.
jestem jak nowa ja - Ona. szkoda, ze mi się nie podoba. coś czuję, że cieżko nam będzie się polubić.
na spokojnie, lekko industrialnie, z Rojkiem i Beatlesami - żegnam wszystkich gorąco i zakopuje w myslach.
ej, nie mów mi, żebym przestała mysleć. spraw, żeby tak było.


oddam królestwo za paczkę fajek. nikotyna, tyotoń, dym, zapach potrzebne teraz tak okropnie okrutnie bardzo...

15 maj 2010

herbaciane odmiany ekshibicjonizmu.

1.
nienawidzę, kiedy nie odbierasz telefonu.
wszystkie możliwe limity już wyczerpane, zwłaszcza bezsenność. otwieram oczy, mgła, jakieś dźwięki dochodzące z komputera, wszystko mi nic nie mówi, ewentualnie mówi tak mało, że wysilam się na jakieś tandetne coelhowe metafory.. przecież to nie ja. przecież te zachowania nie są w moim stylu, muszę przyznać, że nie jestem z tego dumna. a że naprawianie nie jest moja mocną stroną, to będę musiała się odwrócić.
szkoda, bo lubię.


nienawidzę, tego odbierz, potrzebuję na spacer. udawać, że nie chcę Ci powiedzieć, ale kiedy Ty i tak nic nie zauważysz, to stanę na środku i wypowiem wszystko po kolei, słowo za słowem. 
bywało gorzej.


opethowe barwy śnię na jawie, na psychodelicznym niewyspaniu.







2. już nie. już bardzo nie.
to dobrze. nie lubię Cię wiosną.
i będzie tak jak chciałeś.

14 maj 2010

if I feel in love with you...

kiedy człowiek choruje traci poczucie czasu. jak się okazuje po tygodniu wróciłam do industrialnej przestrzeni pełnej grzechoczących tramwajów, pogniecionych koszul, nietrzeźwych wspominków, godzinnego powracania do domu o ósmej rano, zrywania pod domem kwiatków sąsiadki (odkąd mnie na tym przyłapała, gdy byłam małą dziewczynką i wyrywała mi włosy pytając, czy dobrze się z tym czuje, robię to tej wariatce regularnie), i śpiewania Beatlesów do porannej herbaty pełnej niewyspania.
przede mną dzień, na noc się nie decyduje, tym razem będę spać.
analiza jakiegoś renesansowego czy barokowego gówna, a potem pomoczę móżdżek w architekturze, stylach, fakturach, warstwach, pędzlach, kolorach, kompozycjach i reszcie ciekawych aspektów sztuki.


...okropnie kusząca ta Noc Muzeów.

12 maj 2010

N.

bo jestem ruda (przynajmniej w tym momencie), bo też lubię Mozarta, Rilkego, i nie tylko przecież, nie tylko, bo mam słabość do Nerwusów, tłukę naczynia,  bo prawdopodobnie skończę jako polonistka i wiele wiele wiele innych podobieństw.
;-)

.

zastanawiający fenomen zapachu deszczu. roznoszący się po mnie nawet jeśli wyszłam tylko na balkon na papierosa. staram się nie brać zbyt głębokich oddechów, bo mogłoby to spowodować ataki kaszlu, to następnie okropnych bólów głowy etc etc.
nienawidzę być chora w taką pogodę.
z jednej strony czuję się usprawiedliwiona siedząc z herbatą przed laptopem, ale naprawdę mam ochotę pobawić się z dubstepowym deszczem.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~




śliweczka z kompotu została sprytnie wydłubana i zjedzona.

nie krzycz.








bardzo nieciekawie o tym porannym swietle, sok jablkowy i swiezy dubstep
wszystko to jest niepokojem, do ktorego podejde ze spokojem.
jutro zdjecia pod oknami.
nie wiem czy to bede potrafic.

nie krzycz, rob zdjecia.


---
odwaga. (?)

10 maj 2010

dynamit

punkt krytyczny, numer kolejny.
kiedy bordowa koszula, zielona bielizna, gdzies tam Eljot spogladajacy z polki, zaraz obok Horacia Oliveiry z gauloisem w ustach, no i jeszcze Fisz z glosnika, a modernistyczne obrazy patrza z ekranu... wtedy! dretwienie traci znaczenie, stare maile i rozmowy, herbata lychee, i nie wiem, czy to ta podwyzszona temperatura, czy ostatni papieros, ktory znalazlam w zakamarkach torebki i wypalilam ratujac go w ten sposob od zlamania, ale wlasnie wtedy, wlasnie teraz, gdyby nie jakies trzy rzeczy to najprawdopodobniej podpilabym troche z tej ostatniej butelki wina i wskoczylabym w buty i bez parasola, szybkim truchtem, lapalabym Cie za kwadrans.








.

zwracam sie do siebie per 'kochanie'. 'kochanie, to byl nasz ostatni papieros', 'kochanie, boli Cie glowa, zazyjemy tablekte', 'kochanie, przyniesiemy sobie kolejne kilka paczek chusteczek'.
czego nie mozna dostac od swiata trzeba dawac sobie samemu. wreszcie moje rozszczepienie jazni znalazlo pole do popisu. to tak jak z ta moja sklonnoscia do ekshibicjonizmu. to, ze udajemy, ze forma drugoosobowa jest przypadkowa i wcale nie dotyczy nikogo.
a potem?
jak to, potem, o co mnie pytasz? 
przeciez wiesz...
potem? potem sie juz tylko przyzwyczajasz i...
i nigdy nie przestajesz udawac?
...tak. i usmiechy...
..usmiechy, takie...
tak, takie zwyczajne, wiesz o czym...
tak, wiem o czym mowisz. a ona?
ona? ona, nie wiem. Ty juz nia nie jestes.


i tu sie konczy usmiechnieta wymiana niemych fraz, ktore wypowiedzialam sobie glowie.
poczucie lekkosci, chec smiechu, rozbawienie. nawet jesli to wazne-przeciez moze przestac byc wazne. to tylko chwila. nic Ci nie da kilka dni po stu kolejnych.


udawanie. kwintesencja stosunkow miedzyludzkich.
to sie jeszcze moze udac, daj mi kilka tygodni.
cynizm juz tak we mnie wrasta, ze za niedlugo nie zauwazysz malych roznich, nuiansow, szczegolow.
wszystko z podobna latwoscia z jakapodziwiasz koronki..