dobrze mi, bo mi źle.
źle, bo mi dobrze.
zajrzałam w strukturę.
wtedy wróciłeś. zachwiałeś moją czujność.
zachwycające sceny pośród zachwycających dźwięków.
ta melodia, gdy wszystko sypie się na głowę.
wyostrzył się mój emocjonalny ekshibicjonizm dając mi do zrozumienia jak okropna masochistką jestem.
wystawiam to wszystko na zewnątrz - ukłuj mnie, tak będzie prościej.
zastanawiając się z której strony barierki wyląduję po skoku dochodzą do mnie pocałunki.
[ to ten nocny Numan.]
pisz bardziej zrozumiale, nic do mnie nie doszło.
ale to nie ja robię aluzje. to ja mówię prosto jasno czystko klarownie.
dlaczego mnie dotykasz?
bo mnie nie ma. jestem teraz w dłoniach wszystkich Twoich kochanków.
boże, potrzebuję alkoholu. i niech to będzie wódka. właściwie, cokolwiek.
---
.
14 wrz 2010
12 wrz 2010
05:45
czas absolutnie upewniający mnie w fakcie, że nic bardziej od Olifanta tu nie pasuje. i pewnie nie będzie pasować nigdy.
bycie Twoim spokojem jest pierwszą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy.
już, jeszcze przed szóstą rano, nie myślę o kawie, bo to ja, myślę o herbacie, kubek grzeje mi palce, a ja szukam absolutu za absolut podając zwykłe rutynowe uczynki.
muszę się u-leczyć.
pamiętasz? tamte ostatnie słowa to ja. zamieniam bezsenność w spokojny sen i uzupełniam braki w cudzych dietach.
chowam się, zmieniam.
Z M I E N I A M, słyszałeś?!
balansując na durnie przyjemnych krawędziach emocjonalnych (?) robienie podsumowania roku nie było chyba najlepszym pomysłem.
obiecywanie sobie 'będę dobra' nie jest za to zbyt konkretne. [od kiedy lubisz konkrety!?]
zaczęłam się godzić z kanciastością, która mnie otacza.
mindmachine
mówiono, a ja nie słuchałam.
dźwięk szelestu liści pod butami przejmował mnie zbyt mocno i nieco drażliwie.
a przyszedł, niewątpliwie całkiem bez znaczenia, dwunasty dzień miesiąca.
i przychodzą mi jakieś durne i oklepanie metafory do głowy.
kot grzeje mi kolana, a herbata pieści podniebienie.
są przecież takie chwile spokojne, kiedy nie muszę gnać, nie muszę zaspokajać, bo dotknęła mnie delikatność i sprawiedliwość. dotknęła mnie głęboko i prawdziwie.
na tyle, że chyba mogę postarać się to wszystko zmienić.
pętla zaciska się wokół mojej szyi coraz mocniej. coraz szybciej
straciłam ślad znalazłam.
11 wrz 2010
9 wrz 2010
7 wrz 2010
6 wrz 2010
znowu nie potrafiłam zasnąć przed świtem, tym razem postanawiam nie zasnąć aż do zmierzchu - dzisiaj wiele do zrobienia, a zacznę od kupienia paczki czerwonych marlboro. kiedy rodzina wyjdzie z domu schowam ciało do wanny i zapalę, rozpalę, rozpalona.
w ten deszczowy, mglisty, powolny, chłodny dzień - płonę na spokojnie. w środku.
jeden z tych dni kiedy uspokaja mnie brzmienie basu albo ostry elektroniczny bit (w takich dniach przełączam się na słuchawki), wypijam dużo herbaty, praktycznie nic nie jem, potrafię się przebiegnąć (ale nie tak jak na tych amerykańskich filmach, z uśmiechem na ustach, nie), wyjrzeć z okna i popatrzeć w dół, wypalić całą paczkę na raz. jakieś oczekiwanie.
niestety nie czuję się zbyt dobrze. fizycznie.
okrutny ból zabrał mi centrum dowodzenia, ale również zachował w bezpiecznej izolacji to, czego nie mam teraz siły pilnować.
nie wiem czemu dzieje się to co się dzieje, ale przynajmniej wiem, że jestem skłonna do odczuwania, do jakichkolwiek reakcji (a jednak).
czekam tylko na okazję.
w ten deszczowy, mglisty, powolny, chłodny dzień - płonę na spokojnie. w środku.
jeden z tych dni kiedy uspokaja mnie brzmienie basu albo ostry elektroniczny bit (w takich dniach przełączam się na słuchawki), wypijam dużo herbaty, praktycznie nic nie jem, potrafię się przebiegnąć (ale nie tak jak na tych amerykańskich filmach, z uśmiechem na ustach, nie), wyjrzeć z okna i popatrzeć w dół, wypalić całą paczkę na raz. jakieś oczekiwanie.
niestety nie czuję się zbyt dobrze. fizycznie.
okrutny ból zabrał mi centrum dowodzenia, ale również zachował w bezpiecznej izolacji to, czego nie mam teraz siły pilnować.
nie wiem czemu dzieje się to co się dzieje, ale przynajmniej wiem, że jestem skłonna do odczuwania, do jakichkolwiek reakcji (a jednak).
czekam tylko na okazję.
2 wrz 2010
ile l i t r ó w w ó d k i trzeba wypić żeby dotrzeć do K s i ę ż y c a ?
tak, wiem, bywam nieczuła, choć tak naprawdę jestem przewrażliwiona.
i kiedy mówię mamie o miłości, ona patrzy na mnie ze zdziwieniem i, nie przestając wałkować ciasta na pierogi, pyta o czym mówię - chyba za dużo filmów, moje dziecko.
3 nad ranem, boli mnie głowa, a właściwie jej pół.
ale wiesz - czekasz i wymyślasz mnie. to jest dziwne, ale działa.
chciałabym tak funkcjonować.
złożyłam playlistę z najpiękniejszych, najspokojniejszych spośród najważniejszych utworów mojego życia. z tych na komputerze, co jasna. co dziwne - wyszło ich równo 69.
playlista ta miała służyć do spania i wymuszać na mojej wyobraźni ładne sny. niestety - zaserwowało mi to bezsenną noc, pewną wspomnień, skojarzeń, przemyśleń.
otwieram kolejną butelkę, strzelę sobie nią w ten bolący łeb.
zwichnęłam kostkę na leżąco. chyba.
moje ręce pachną teraz mydłem, bo naturalny zapach skóry przypomina mi Ciebie, a wiesz przecież, że często dotykam dłonią ust (z zawstydzenia, zachwytu, zmieszania, etc) i wtedy czuję ten zapach. muszę się oduczyć tego okropnego nawyku.
pamiętasz ten film, w którym śmierć przybiera ludzką postać po to, żeby zasmakować zwykłego życia, a na końcu zabrać ojca kobiety, w której się zakochuje? musisz pamiętać, w kocu to jeden z tych filmów, przy którym nie można powstrzymać łez.
słucham utworu z tego filmu. jest tak piękny, że musiałam Ci go pokazać.
pamiętam, że w tym filmie Śmierć po raz pierwszy smakuje fizycznej miłości właśnie przy tym utworze.
wiesz, taki zachwyt, który pobija już tylko Chaotyczna Anna. chyba tylko.
lubię kiedy śpisz na boku plecami odwrócony do mnie. wtedy wiem na pewno, że śpisz, bo inaczej byś mnie dotykał. a że sen masz mocny dotykam wtedy Twoich pleców i karku, bez obaw, że Cię obudzę.
zawsze zasypiasz pierwszy i pierwszy się budzisz. nie wiem jak to robisz.
porozmawiałabym z Tobą o urodzie Scodelario, ale pewnie nigdy jej nie widziałeś.
rano zrobisz mi śniadanie i opowiesz coś, przełączysz moje 42, bo będziesz wolał rev 22.20 w remixie dry martini.
[!nie umiem wytłumaczyć dlaczego nie lubię trybu przypuszczającego, choć taki tu być powinien.
wiem, przepraszam, wprowadzam w błąd.!]
złożyłam się w kostkę, tak chciałabym być kanciasta. zawsze jak głaszczesz to po kolanach łokciach obojczykach żebrach miednicy mostku policzku brwi kręgach.
byłam mała, bo chciałam zniknąć. wtopić się w pościel, którą od czasu do czasu wywiesisz na sznurku plecami do słońca.
oglądałam Księżyc nie zwracając przy tym uwagi na gwiazdy. one nie przebijały się przez chmury, więc ich istnienie tym łatwiej było ignorować.
padał deszcz. od dawna pada. tu jesienne miasto Kraków.
a mnie złamał się parasol.
i rozmazał makijaż.
i zniszczyła fryzura.
i poszło mi oczko.
i dostałam chrypy.
i wypiłam hektolitry herbaty.
i słuchałam wszystkich okolicznych problemów.
i marzyłam o winie i papierosach.
siedziałam na tej czarnej kanapie w czarnej spódnicy, w czarnych rajstopach, czarnym żakiecie i słuchając Orestes dostawałam chorobowych dreszczy.
chciałam uciec do domu, więc uciekłam.
nie chciałam przestać chorować.
więc chorowałam bez końca. choć to nie jest najlepszy sposób na odzyskanie sił.
z tymże ja już chyba nie chcę walczyć.
za bardzo cenię broń, żeby z niej skorzystać.
owijam się czerwonym kocem. oblewam się herbatą. kocham się z Maynardem.
4:19 - dziękuję, dobranoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



