.

.

15 wrz 2010






 








easier to survive with cigarettes.


spokój mojej własnej emocjonalnej choroby.
myślał pewnie, że to było specjalnie, że z myślą o nim samym,
gówno prawda.
zdarza mi się za to budzić w środku nocy i widzieć Jego twarz.
to jest poczucie bezbronności, kiedy przed zakrętem boję się go spotkać.
chciałabym mieć więcej siły, naprawdę.
i, choć ciężko w to uwierzyć, do mnie też czasem przemawia zdrowy rozsądek.
jesteś potrzebą, odczuwam.
czystą potrzebą.
uderzam od zewnątrz.
upadam zawsze w środku. 
wydrap mnie. 
wygryź.


dlaczego nigdy na wyjazdach trzymam rzeczy w walizkach, a moje serce potrafi tak kurewsko szybko się wypakować.



04:51
mam
oberwałam
teraz płonę
spalam się
i mózg tkwi w każdej mojej kończynie
pod każdym paznokciem
w każdym włosie
przede wszystkim w nabrzmiałych od nadgryzania wargach


popijam Cię z wodą z kranu.
mojeciałopachnieTwoim.


mój notes zapisany jak nigdy.

14 wrz 2010

prąd zmienny

dobrze mi, bo mi źle.
źle, bo mi dobrze.


zajrzałam w strukturę.
wtedy wróciłeś. zachwiałeś moją czujność.
zachwycające sceny pośród zachwycających dźwięków.
ta melodia, gdy wszystko sypie się na głowę.


wyostrzył się mój emocjonalny ekshibicjonizm dając mi do zrozumienia jak okropna masochistką jestem.
wystawiam to wszystko na zewnątrz - ukłuj mnie, tak będzie prościej.
zastanawiając się z której strony barierki wyląduję po skoku dochodzą do mnie pocałunki.
[ to ten nocny Numan.]
pisz bardziej zrozumiale, nic do mnie nie doszło.
ale to nie ja robię aluzje. to ja mówię prosto jasno czystko klarownie.


































dlaczego mnie dotykasz?
bo mnie nie ma. jestem teraz w dłoniach wszystkich Twoich kochanków.




































boże, potrzebuję alkoholu. i niech to będzie wódka. właściwie, cokolwiek.


---



12 wrz 2010







05:45
czas absolutnie upewniający mnie w fakcie, że nic bardziej od Olifanta tu nie pasuje. i pewnie nie będzie pasować nigdy.
bycie Twoim spokojem jest pierwszą rzeczą jaka przychodzi mi do głowy.
już, jeszcze przed szóstą rano, nie myślę o kawie, bo to ja, myślę o herbacie, kubek grzeje mi palce, a ja szukam absolutu za absolut podając zwykłe rutynowe uczynki.
muszę się u-leczyć.
pamiętasz? tamte ostatnie słowa to ja. zamieniam bezsenność w spokojny sen i uzupełniam braki w cudzych dietach.
chowam się, zmieniam.
Z M I E N I A M, słyszałeś?!
balansując na durnie przyjemnych krawędziach emocjonalnych (?) robienie podsumowania roku nie było chyba najlepszym pomysłem.
obiecywanie sobie 'będę dobra' nie jest za to zbyt konkretne. [od kiedy lubisz konkrety!?]
zaczęłam się godzić z kanciastością, która mnie otacza.











mindmachine



mówiono, a ja nie słuchałam.
dźwięk szelestu liści pod butami przejmował mnie zbyt mocno i nieco drażliwie.
a przyszedł, niewątpliwie całkiem bez znaczenia, dwunasty dzień miesiąca.
i przychodzą mi jakieś durne i oklepanie metafory do głowy.


kot grzeje mi kolana, a herbata pieści podniebienie.
są przecież takie chwile spokojne, kiedy nie muszę gnać, nie muszę zaspokajać, bo dotknęła mnie delikatność i sprawiedliwość. dotknęła mnie głęboko i prawdziwie.
na tyle, że chyba mogę postarać się to wszystko zmienić.
pętla zaciska się wokół mojej szyi coraz mocniej. coraz szybciej
straciłam ślad znalazłam.