.

.

17 mar 2011

znowu mnie zabijasz. przychodzisz z tym swoim czarnym pistoletem na baterie i strzelasz prosto w sam środek machiny, w serce. z razu na raz boli coraz bardziej, wykrwawia się na stojąco.
tak ciężko jest rozruszyć niewzruszenie (niewzruszenie o chłodnym w barwie, ciepłym w odczuciu spojrzeniu, niewzruszenie pachnące, o ciepłych dłoiach). 
relacja na niewiadomo jakim układzie. kiedyś to wzruszało, wyciągałam po to ręce, skakałam innym do gardeł z hardą pewnością w oczach - "mój". hardość zalana łzami straciła moc, uroku też nie zyskała. zostały tylko szklane szyby z niebieskim poblaskiem zalanym deszczem. szkoda, że akurat teraz, kiedy pachnie wiosną i daleko jest do deszczu.
ból w klatce piersiowy nie wywołany latami palenia tylko miesiącem histerycznej furii.
nie chcę brać odpowiedzialności za to co się stanie ze mną po następnym miesiącu, bo zaczęłam już sięgać po ostateczne rozwiązania, zupełnie jakby te dwa lata niczego mnie nie nauczyły - pewnie zresztą tak jest. 
szkoda jednak, że kurczowo trzymam się wersji, że nie potrafię (bo nie potrafię) powiedzieć:
wyłaź z mojej klatki! 
zapomniałam, że nie można mieć. 
zapomniałam, że można nie mieć. 

15 mar 2011

mechaniczna

to jest ta noc.
popadam w obsesję samej siebie.
Ciebie chcę nie musieć chcieć.


uruchamiam
mechaniczną
maszynę
zawijaki. forma przebrzydła. latające zgrzyty.
wiosenne pobieranie krwi.
chcesz dopieścić formę, zamiast pisać jasno.
nikt nie wie czego On chce, a On wie najmniej.
kocham nową estetykę, wrażliwość wychodzącą uszami. taki czas.
nigdy nie wiedziałam,
padlina pachnie wiosną intensywniej, mataczy.
zapada we mnie. 
głębiej, niczym koty w sypialni.
firanki, sztywniejące na nocnym mrozie.
ostatnim tego roku.


8 mar 2011

tak trudno jest się poddać, kiedy wszystko dookoła się łamie, a Ty zbierasz to na przekór wszystkiemu, na przekór sobie nawet.
wszystko czego chcesz krzyczy o prawie do wolności, jedyne co możesz zrobić to łapać za nóż i krzyczeć.
wmówić sobie, że nie chcesz, przestać łapać.
albo czekać. nie wiesz co trudniejsze.


kilka miesięcy, herbata, 
dobre ciało, smutek,
cierpliwość, utrata,
niepewność, spacery.


idzie wiosna, pachniesz nią. pachniemy.
nadchodzi najgorszy czas.
nie wiesz co robić, nie wiesz czego chcesz.
ja chcę tylko Ciebie i dostaję jakiś pakiet zastępczy. nie lubię niespodzianek.
dobre było dawno temu.


nie chcesz mnie to mi mnie oddaj. 
Zanim runie domek z kart, namaluję ten ostatni,
Obraz bez farb, zamorduję po nim kartki.
Odejdę wraz z nimi, bez łez i bez krzyku,
Po cichu jak śmierć, która patrzy ze strychu.

2 mar 2011

bondage.

jestem podłączona jak manekin do tego koszmaru. wyrywa mi to włosy z głowy nocami. zaplata zwoje mózgu po kilkaset bolesnych razy. łamie pędzle, ołówki, długopisy, język.
dźwięki wpadają mi do głowy robiąc przy tym dużo potrzebnego hałasu, wywołującego w efekcie przedziwne reakcje.
to co siedzi w moim żołądku śpiewa i udaje, zgrywa się ze mnie igrając z rzeczywistością.
stawiam warunki, rozkładam karty, talię trzymając za paskiem w zanadrzu.
to, co przychodzi z wnętrza jest najgłębsze.
zmieszany zapach karku i papierosów. i śmiechu - wiedziałeś, ze śmiech śmierdzi?
chciałabym włączyć ten etap, którego najbardziej się boję i który z największym trudem mi przyjdzie zrealizować.
ale to zrobię.
cukierki, cukierki, słodycze.
rozwija się w żołądku, więc tu to zabijam.


pieprzony koszmar.
a potem pokazuje rozpostarte ramiona, wskazuje kierunek, z którego płyną słowa "rób co chcesz"

16 lut 2011

14/16

surowizna.
spotykają się jako dwa ciała, osłonięte wstydem, nieśmiałością, oblewają się nawzajem herbacianymi ślinami, nie ma NIC ponad mistycyzm. może ufnośc.
ciepłota.
łączą się jako dwa ciała, parzone wzajemnością, chłodzone łapczywie łapanym powietrzem, trzeźwione rzeczywistością dźwięków.
zasłodzenie.
zasypiają jako dwa ciała, ufne i ciepłe, pachnące, zmęczone. 





16 sty 2011

kiedy stoję, patrzę w okno, krótka chwila, idą ludzie tam za bramą, jeszcze senni. na ulicy mały płomień porzucony, nasze domy pośród nocy, nasze domy obok fabryk.

nie opowiedziałam jeszcze nikomu o tym upadku, może dlatego, że huk jaki spowodował nie zwrócił niczyjej uwagi. byłam tak, z boku, patrzyłam na swoje łzy. chciałam przepraszam i wycofywać, zawsze tak jest, gdy płaczę. 
wystarczyło mi te kilka, dobre kilka, dni.
dni suchych, dusznych i ciężkich.
czuję się jak wariatka na wybiegu.
bezradność to najgorszy rodzaj szaleństwa.
w myślach rozbijam szyby w oknach sąsiadów.

idź, uciekaj.

wróć, opanuj mnie.





7 sty 2011

oczy mają szaroniebieskie i potrzebują.

zatwierdziłeś moją samoświadomość bólem lędźwi
słowa nie mieszczą mi się w ustach, ale zamiast je wypluć, połykam smakując przy tym Twoje ciało.
czy jestem egoistką?
przerażenie chwyta mnie za uśmiech w samych jego kącikach
jestem krzykiem pozbawionym sensu
kaszlem, zapachem, kwintesencją.
fetysz poszukiwania, fetysz leniwego przeciągania w czasie każdej czynności.





4 sty 2011

dobra, to zacznijmy od nowa, skoro dochodzimy już do takiego etapu.
pewnie nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy co się dzieje.
wszystkie najpiękniejsze zwroty świata uderzyły mi do głowy z zawrotną szybkością.
mgła jak mleko wiszące w powietrzu, zaćmienie słońca, potem jego powrót z podwójną mocą.
umiejętność pisania / mówienia odleciała ode mnie bardzo szybko, perspektywa zmieniła kolory, teraz pachnie i smakuje tak słodko, tak brzmi, tak.
zdania nie mają sensu, choć mogłyby mieć, gdybym tylko potrafiła nie przygryzać ich zbyt wcześnie, zbyt chaotycznie połykać, zlizywać niemal.
nie zdarzało mi się to  o d c z u ć.
za jakie grzechy te czary?