"Wiesz kochanie
Może ty ze mną razem znikniesz
Mogę pokazać ci coś więcej niż pieprzony hajs
Pokazać ci to miejsce wcale nie daleko tak
Im jest trudniej, ciężej, jestem bliżej
I tylko twój uśmiech pcha mnie do przodu"
z cyklu: może nie super ambitne, ale bardzo prawdziwe liryki z rapu.
.
19 mar 2012
17 mar 2012
“ Minęło kilka dni. Od kilku dni jeżdżę na drugi koniec miasta.— Świetlicki
Pamiętałem po co jeszcze przedwczoraj. Dzisiaj nie pamiętam.
Przez park, po wielkich wyświechtanych liściach, pod drzwi.
Zadzwonić, zapukać, postać, pomedytować, odwrócić się, odejść.
To już nie jest cierpliwość, to jest religia.
To już nie jest religia - dzisiaj ktoś poruszył się wewnątrz.
Jutro będzie wiosna i będę dłużej pukać.
Zrób mi jakąś krzywdę, czyli jadę nad morze.
dwie książki Żulczyka na wpół przeczytane (ślęczenie ze ślepiami wbitymi w ekran laptopa), na wpół odsłuchane (laptop na pralce, ja w wannie), "Instytut" przyjemny, choć szału nie ma, ale nie chcę się zbytnio rozpisywać, bo bardziej skupiam się na drugiej pozycji, ale klimat krakowsko - knajpowy tak bardzo bliski, a jednocześnie daleki (trzeba wreszcie znów pojść się najebać, tak dawno tego nie robiłam w knajpach na mieście), poza tym miejsce akcji praktycznie sąsiedzkie, trochę grozy, trochę śmiechu.
tak więc "Zrób mi jakąś krzywdę" już bardziej mnie pociachało, to jest zbyt odpowiednie na stan tu, teraz, bo przecież wsiadam w jakiś środek lokomocji ze zmiętym banknotem lub dwoma i jadę, bez planu, bez chociażby wizji, jeszcze trochę pijana, kompletnie bez zastanowienia, na drugi koniec Polski, nie ma dla mnie barier, są jedynie granice portfela. wszystko pod głupim hasłem "a czemu nie?".
trzeźwieję w połowie drogi do Warszawy i zaczynam się zastanawiać co robię - nie mam przecież żadnej piętnastolatki do porwania, w ogóle nikogo do otoczenia opieką, nie mam nikogo do kochania (dobę później słyszę: chodź, zostań moim kotkiem, będę o Ciebie dbał, będę się Tobą opiekował, srutututu, i mam krótkie deja vu z tej mojej wcześniejszej chęci bycia matką, opiekunka, mózgiem całej operacji, ale jak zwykle staję w miejscu i świdruję wszystko dokoła oczkami, ziemie, niebo, budynki, towarzyszy, i stoję tak, niezdolna do ruchu, do podjęcia jakiejkolwiek, nawet najgłupszej decyzji. niech się dzieje obok mnie. masz ci los, widziałeś taką matkę, opiekunkę?). więc jadę i mam ostatnie kilka papierosów i rozwalające się trampki. kurwa. no dobra, jakoś to będzie, zawsze jest.
bez opisywania co jak gdzie i dlaczego, bez ekshibicjonizmu, bo przecież statystyki googla mówią mi jasno, że ktoś tu wchodzi od czasu do czasu, podsumuję - jakoś było. chyba nawet było dobrze.
wracam na to moje śmieciowisko po trzynastogodzinnej podróży pociągiem, z czego połowę przespaliśmy w przedziale z jakimś dresem rozkładając swe ciała na przeciwległych siedzeniach, a drugą połowę przespałam sama. wracam, kupuję fajki w pierwszym kiosku, wchodzę do wanny, idę się napić, a potem wracam do Żulczyka i wtedy to do mnie zaczyna wychodzić z tego ekranu, dociera do mnie ten komizm sytuacyjny, pozmieniaj bohaterów, dodaj większą nieporadność i mniej chore przypadki losowe i wypisz, wymaluj wszystko się zgadza.
dobra, skarbie, Kochanie, rybko i pipko, idę spać, zawijam się kołdrę, nie ma mnie, jutro też będzie dzień, jutro też będzie kiepski dzień, a jeśli Ci powiem, że nie mogę zapomnieć, to co, a jeśli Ci powiem, że nawet nie próbowałam, to co, jeśli Ci powiem, że jestem, że wiem, że jesteś, że nie wiem, a chcę wiedzieć jak jesteś, to co, no ale nie pytam, nie mówię, dobranoc, kurwa, dobranoc, nie ma mnie znikam, milczę. nie chrapiesz, mruczę.
tak więc "Zrób mi jakąś krzywdę" już bardziej mnie pociachało, to jest zbyt odpowiednie na stan tu, teraz, bo przecież wsiadam w jakiś środek lokomocji ze zmiętym banknotem lub dwoma i jadę, bez planu, bez chociażby wizji, jeszcze trochę pijana, kompletnie bez zastanowienia, na drugi koniec Polski, nie ma dla mnie barier, są jedynie granice portfela. wszystko pod głupim hasłem "a czemu nie?".
trzeźwieję w połowie drogi do Warszawy i zaczynam się zastanawiać co robię - nie mam przecież żadnej piętnastolatki do porwania, w ogóle nikogo do otoczenia opieką, nie mam nikogo do kochania (dobę później słyszę: chodź, zostań moim kotkiem, będę o Ciebie dbał, będę się Tobą opiekował, srutututu, i mam krótkie deja vu z tej mojej wcześniejszej chęci bycia matką, opiekunka, mózgiem całej operacji, ale jak zwykle staję w miejscu i świdruję wszystko dokoła oczkami, ziemie, niebo, budynki, towarzyszy, i stoję tak, niezdolna do ruchu, do podjęcia jakiejkolwiek, nawet najgłupszej decyzji. niech się dzieje obok mnie. masz ci los, widziałeś taką matkę, opiekunkę?). więc jadę i mam ostatnie kilka papierosów i rozwalające się trampki. kurwa. no dobra, jakoś to będzie, zawsze jest.
bez opisywania co jak gdzie i dlaczego, bez ekshibicjonizmu, bo przecież statystyki googla mówią mi jasno, że ktoś tu wchodzi od czasu do czasu, podsumuję - jakoś było. chyba nawet było dobrze.
wracam na to moje śmieciowisko po trzynastogodzinnej podróży pociągiem, z czego połowę przespaliśmy w przedziale z jakimś dresem rozkładając swe ciała na przeciwległych siedzeniach, a drugą połowę przespałam sama. wracam, kupuję fajki w pierwszym kiosku, wchodzę do wanny, idę się napić, a potem wracam do Żulczyka i wtedy to do mnie zaczyna wychodzić z tego ekranu, dociera do mnie ten komizm sytuacyjny, pozmieniaj bohaterów, dodaj większą nieporadność i mniej chore przypadki losowe i wypisz, wymaluj wszystko się zgadza.
dobra, skarbie, Kochanie, rybko i pipko, idę spać, zawijam się kołdrę, nie ma mnie, jutro też będzie dzień, jutro też będzie kiepski dzień, a jeśli Ci powiem, że nie mogę zapomnieć, to co, a jeśli Ci powiem, że nawet nie próbowałam, to co, jeśli Ci powiem, że jestem, że wiem, że jesteś, że nie wiem, a chcę wiedzieć jak jesteś, to co, no ale nie pytam, nie mówię, dobranoc, kurwa, dobranoc, nie ma mnie znikam, milczę. nie chrapiesz, mruczę.
16 mar 2012
no i do czego doszło, patrz, gdzie zaszliśmy. nachodzi krótka potrzeba ogólnej obserwacji.
obcy sobie ludzie oszukują się nawzajem z tępym uśmieszkiem, który chyba miał być oznaką chytrości oraz przebiegłości. krzyżują palce za plecami, gest z amerykańskiego filmu dla młodzieży.
siedzę w kącie, obserwuję. przesuwanie krzeseł, przecieranie szmatą stolików, "reszta dla pani".
one siedzą podpierając podbródki, wbijając łokcie w stolik, z zębami na wierzchu, ślepo zapatrzone w rozmówcę, który zazwyczaj ogląda spod barmańskiej spódniczki wielki, dziki i ciekawy świat; ot pusta żądza,
a my tu mamy takie jeszcze mniej zabawne wymanewrowanie - Ty myślisz, że mnie masz, ja myślę, że mam Ciebie, w sumie sam zaczynasz te (nie)potrzebne gierki, zupełnie jak prawdziwy mężczyzna.
wyjdę na zewnątrz, zapalę papierosa, tu spoglądamy na siebie bez słowa.
ile wiesz, a ile byś chciał, a jeszcze jak wiele sama zdążyłam wywnioskować. zatamowane domysłami, spojrzeniami, uśmieszkami, powoli jednak zaczyna przesiąkać.
po tym razie odwrócę się i odechce mi się powrotów, udawania, manewrów. szach-mat, padł Król.
więcej z tego naprawdę nie chce mi się wyciągać dla siebie, to mój ostatni ruch, możesz mnie zjeść lub zgarnąć, mogę Cię móc złapać lub mieć chęć wypuścić. czemu nie.
bo co to wszystko tak naprawdę znaczy? pusta fala niedopowiedzianych ruchów.
zeszyt z nic niewartymi notatkami patrzy na mnie literą Y. eS się starło jak moje zamiary.
podsumowania nie będzie. Ty jesteś podsumowaniem. przerywnikiem. nowe, a już wytarte.
kolejny papieros w bramie, bo gdybym tylko mogła pozbyłabym się deszczowej siebie we mnie.
-
kilka dni później patrzę sobie na to wszystko ni to z żalem ni z pogardą.
krótkie podsumowanie - z małego, niezlokalizowanego smrodu powstał odór, od którego nie można się odsunąć i którego usunąć nie ma siły. no, praktycznie, wlazło się w gówno.
i pieprzenie o zbliżeniach z koleżankami po knajpach, jakieś takie to wszystko, nie wiem, naciągane, nie na miejscu, niepotrzebne.
teraz nie gramy w gierki, teraz mamy całą drogę przez kraj długi i szeroki w pionkach i innych figurach w jakichś skomplikowanych pozycjach. taka awangardowa słabizna, jak wtedy gdy odkrywasz coś, cieszysz się jak pojeb i nudzi ci się po dwóch dniach, wyrzucasz za okno, za resztę pieniędzy idziesz się najebać i opowiadasz żulom o tej swojej słomianej miłości.
no więc przychodzi wiosna, czas na porządki, koniec ze ślicznym i marnotrawnym wykorzystywaniem. kolejne nic nie znaczące epizody damsko-męskie, dochodzi pacykowanie się po pociągach i alkoholizowanie się przed, po i w trakcie niczego.
no bo jest taka osoba, zalazła mi za skórę, więc wydrapuję sobie ciało przepełnione chemią w oczekiwaniu na pozytywne gesty, wiosna przecież powinna być pełna takich właśnie pozytywnych rzeczy, pamiątek, uśmieszków, rozwianych włosów, blablabla. kończą mi się pieniądze, ledwo stać mnie na zapałki, którymi odpalę ostatniego papierosa. jestem skończona, jak bańka mydlana wydmuchiwana przez niecierpliwe dziecięce płucka, zaraz wybuchnę, emocje mnie rozszarpują, nerwy mam na wyczerpaniu. tylko prosto w twarz pytają mnie o co mi chodzi, i co się dzieje, wtedy, kiedy nie chcę mówić. potem sobie podajemy rączki na "papa", tak bardzo ukrywając przed sobą nawzajem, bo przecież nie przed całym światem, który ma to gdzieś, że to jest takie zwyczajowe, normalne "papa". ale przynajmniej przychodzi kolejne zwątpienie w ludzkość i moc charakteru, nad każdym miastem zachodzi słońce, choć nad moim wschodzi w typowo szarej odmianie.
znów otwieram zeszyt, nie zliczę tego mojego kurwienia się w pisaninie, wszędzie, z każdej kartki, z każdej litery wychodzą do mnie męskie i chłopięce odmiany, rączki z coraz dłuższymi palcami. ta sama rasa w różnych formach, finalnie prawie wszędzie wgryza się nienawiść. czym byłoby to wszystko bez nienawiści, czym byłabym ja, czym byłbyś Ty.
czekam na pomysł jak Cię zniszczyć, tym razem sobie nie odpuszczę, tym razem cię nie oszczędzę. bo po co.
i tak wpadniemy na siebie jeszcze raz, zetrzemy się na poziomie zwyczajnego gwałtu lub wariackiej miłości, nic nie zostanie oszczędzone. tak jest.
obcy sobie ludzie oszukują się nawzajem z tępym uśmieszkiem, który chyba miał być oznaką chytrości oraz przebiegłości. krzyżują palce za plecami, gest z amerykańskiego filmu dla młodzieży.
siedzę w kącie, obserwuję. przesuwanie krzeseł, przecieranie szmatą stolików, "reszta dla pani".
one siedzą podpierając podbródki, wbijając łokcie w stolik, z zębami na wierzchu, ślepo zapatrzone w rozmówcę, który zazwyczaj ogląda spod barmańskiej spódniczki wielki, dziki i ciekawy świat; ot pusta żądza,
a my tu mamy takie jeszcze mniej zabawne wymanewrowanie - Ty myślisz, że mnie masz, ja myślę, że mam Ciebie, w sumie sam zaczynasz te (nie)potrzebne gierki, zupełnie jak prawdziwy mężczyzna.
wyjdę na zewnątrz, zapalę papierosa, tu spoglądamy na siebie bez słowa.
ile wiesz, a ile byś chciał, a jeszcze jak wiele sama zdążyłam wywnioskować. zatamowane domysłami, spojrzeniami, uśmieszkami, powoli jednak zaczyna przesiąkać.
po tym razie odwrócę się i odechce mi się powrotów, udawania, manewrów. szach-mat, padł Król.
więcej z tego naprawdę nie chce mi się wyciągać dla siebie, to mój ostatni ruch, możesz mnie zjeść lub zgarnąć, mogę Cię móc złapać lub mieć chęć wypuścić. czemu nie.
bo co to wszystko tak naprawdę znaczy? pusta fala niedopowiedzianych ruchów.
zeszyt z nic niewartymi notatkami patrzy na mnie literą Y. eS się starło jak moje zamiary.
podsumowania nie będzie. Ty jesteś podsumowaniem. przerywnikiem. nowe, a już wytarte.
kolejny papieros w bramie, bo gdybym tylko mogła pozbyłabym się deszczowej siebie we mnie.
-
kilka dni później patrzę sobie na to wszystko ni to z żalem ni z pogardą.
krótkie podsumowanie - z małego, niezlokalizowanego smrodu powstał odór, od którego nie można się odsunąć i którego usunąć nie ma siły. no, praktycznie, wlazło się w gówno.
i pieprzenie o zbliżeniach z koleżankami po knajpach, jakieś takie to wszystko, nie wiem, naciągane, nie na miejscu, niepotrzebne.
teraz nie gramy w gierki, teraz mamy całą drogę przez kraj długi i szeroki w pionkach i innych figurach w jakichś skomplikowanych pozycjach. taka awangardowa słabizna, jak wtedy gdy odkrywasz coś, cieszysz się jak pojeb i nudzi ci się po dwóch dniach, wyrzucasz za okno, za resztę pieniędzy idziesz się najebać i opowiadasz żulom o tej swojej słomianej miłości.
no więc przychodzi wiosna, czas na porządki, koniec ze ślicznym i marnotrawnym wykorzystywaniem. kolejne nic nie znaczące epizody damsko-męskie, dochodzi pacykowanie się po pociągach i alkoholizowanie się przed, po i w trakcie niczego.
no bo jest taka osoba, zalazła mi za skórę, więc wydrapuję sobie ciało przepełnione chemią w oczekiwaniu na pozytywne gesty, wiosna przecież powinna być pełna takich właśnie pozytywnych rzeczy, pamiątek, uśmieszków, rozwianych włosów, blablabla. kończą mi się pieniądze, ledwo stać mnie na zapałki, którymi odpalę ostatniego papierosa. jestem skończona, jak bańka mydlana wydmuchiwana przez niecierpliwe dziecięce płucka, zaraz wybuchnę, emocje mnie rozszarpują, nerwy mam na wyczerpaniu. tylko prosto w twarz pytają mnie o co mi chodzi, i co się dzieje, wtedy, kiedy nie chcę mówić. potem sobie podajemy rączki na "papa", tak bardzo ukrywając przed sobą nawzajem, bo przecież nie przed całym światem, który ma to gdzieś, że to jest takie zwyczajowe, normalne "papa". ale przynajmniej przychodzi kolejne zwątpienie w ludzkość i moc charakteru, nad każdym miastem zachodzi słońce, choć nad moim wschodzi w typowo szarej odmianie.
znów otwieram zeszyt, nie zliczę tego mojego kurwienia się w pisaninie, wszędzie, z każdej kartki, z każdej litery wychodzą do mnie męskie i chłopięce odmiany, rączki z coraz dłuższymi palcami. ta sama rasa w różnych formach, finalnie prawie wszędzie wgryza się nienawiść. czym byłoby to wszystko bez nienawiści, czym byłabym ja, czym byłbyś Ty.
czekam na pomysł jak Cię zniszczyć, tym razem sobie nie odpuszczę, tym razem cię nie oszczędzę. bo po co.
i tak wpadniemy na siebie jeszcze raz, zetrzemy się na poziomie zwyczajnego gwałtu lub wariackiej miłości, nic nie zostanie oszczędzone. tak jest.
"Chodź, pocałuję cię tam, gdzie się kończysz i zaczynasz,
chodź, pocałuję cię w trzecie oko, chodź, pocałuję cię w czoło, w głowę, w
stopę, w pępek, w kolano, w knykieć, w sutki, w pępek, w duszę, chodź, pocałuję
cię w twoje serce. Na dzień dobry. Na dobranoc. Na zawsze. Na nigdy. Na teraz.
W samo serce."
28 lut 2012
nie miałam ostatnio czasu ani ochoty.
ani powodu.
ostatnie tygodnie - tak, wszystko się pomieszało i pozmieniało.
idzie wiosna, oddycham nowym powietrzem. budzę się z zatęchłego zimowego snu, który towarzyszył mi kilka miesięcy.
piję, palę, ćpam. kolejne zwroty akcji, kolejne spotkania.
nowe wizje.
powiedzmy, że Ci się nie chce, że nigdy nie widziałeś tych powodów, że trzeba czarno na białym.
odbezpieczyć
rozkleić
rozerwać;
sine spojrzenia popielate dłonie fioletowe żyły
za pierwszym razem nie odczuwasz rzeczy prawdziwie, przysłaniasz rzeczywistość nadzieją i uśmiechem. wdzięczysz się, walczysz z materiałami.
dokładnie zapamiętujesz przez wszystkie zmysły.
3,5 mm x 3,5 mm doustnie.
teraz już wiesz, zmyślone wszechświaty są równoległe.
to uczucie jest jak pocisk.
ani powodu.
ostatnie tygodnie - tak, wszystko się pomieszało i pozmieniało.
idzie wiosna, oddycham nowym powietrzem. budzę się z zatęchłego zimowego snu, który towarzyszył mi kilka miesięcy.
piję, palę, ćpam. kolejne zwroty akcji, kolejne spotkania.
nowe wizje.
powiedzmy, że Ci się nie chce, że nigdy nie widziałeś tych powodów, że trzeba czarno na białym.
odbezpieczyć
rozkleić
rozerwać;
sine spojrzenia popielate dłonie fioletowe żyły
za pierwszym razem nie odczuwasz rzeczy prawdziwie, przysłaniasz rzeczywistość nadzieją i uśmiechem. wdzięczysz się, walczysz z materiałami.
dokładnie zapamiętujesz przez wszystkie zmysły.
3,5 mm x 3,5 mm doustnie.
teraz już wiesz, zmyślone wszechświaty są równoległe.
to uczucie jest jak pocisk.
9 lut 2012
15 sty 2012
autoclav 1.1
wygrałam, pnę się znowu.
zdobyć, stłamsić, ogłupieć.
historia, która na nowo się odtwarza,
śnieżne dziury, kroki.
przygotowałam sobie zakończenie.
to jest smak zimnej wody po wyjściu na szczyt.
:3 :v (^^^)
zdobyć, stłamsić, ogłupieć.
historia, która na nowo się odtwarza,
śnieżne dziury, kroki.
przygotowałam sobie zakończenie.
to jest smak zimnej wody po wyjściu na szczyt.
:3 :v (^^^)
11 sty 2012
tak bardzo chciałabym zrobić Ci krzywdę.
9 stycznia 2012 roku, poniedziałek, podwieczorek.
Taka tam, krótka alkoholizacja w małym tłumie, kilka łyków wódki, pół szampana, idee, brak ideałów. Siedzimy na sobie, kraczemy sobie do uszu te krótkie historyjki spełnienia, braku delikatności, budzenia się na czyjeś widzimisię, ciągnięcia za włosy, poobijanych, wytarzanych w szmince kolejnych, dobijanych razów. Teraz to tylko taka fascynacja, któryś kolejny stopień zaangażowania w fantazję (patrzę na jej oczy, zmarszczone czoło, widzę jak odpływa, widzę jak zaczyna zmyślać). Nie ma potrzeby budzić się z tego letargu, zimny styczniowy bruk zaczyna być odczuwalny w pośladkach, mrowienie łydek, nie wiem, gdzie się podziały moje papierosy. Nie wiem gdzie się podziała moja godność. Nie wiem czego słucham (te ich wypieki), a czego nie doświadczyłam, czym jest dzielenie się (seks w wielkim mieście, tylko brakuje nam stolika eleganckiej restauracji, drogich butów, kolejnych dwudziestu lat, i tak gadamy o penisach). Wychodzę z tej potwornie powtórnej sytuacji w sytuację niejasną, zderzam się z brudem ulic i męskich spojrzeń. Najpewniejsze padają krzyżowo, atakują zawsze z pewnym wyprzedzeniem, wiem o nich kilka sekund wcześniej. Ten głos w moich uszach znów zaczyna mieć znaczenie. Wyobraź sobie. Ciemna uliczka, ciemna sytuacja, śmiech, jasny, wredny śmiech.
Kup sobie zapalniczkę, po co się zmagać z mokrym pudełkiem zapałek pod deszczem.
9 stycznia 2012 roku, poniedziałek, podwieczorek.
Taka tam, krótka alkoholizacja w małym tłumie, kilka łyków wódki, pół szampana, idee, brak ideałów. Siedzimy na sobie, kraczemy sobie do uszu te krótkie historyjki spełnienia, braku delikatności, budzenia się na czyjeś widzimisię, ciągnięcia za włosy, poobijanych, wytarzanych w szmince kolejnych, dobijanych razów. Teraz to tylko taka fascynacja, któryś kolejny stopień zaangażowania w fantazję (patrzę na jej oczy, zmarszczone czoło, widzę jak odpływa, widzę jak zaczyna zmyślać). Nie ma potrzeby budzić się z tego letargu, zimny styczniowy bruk zaczyna być odczuwalny w pośladkach, mrowienie łydek, nie wiem, gdzie się podziały moje papierosy. Nie wiem gdzie się podziała moja godność. Nie wiem czego słucham (te ich wypieki), a czego nie doświadczyłam, czym jest dzielenie się (seks w wielkim mieście, tylko brakuje nam stolika eleganckiej restauracji, drogich butów, kolejnych dwudziestu lat, i tak gadamy o penisach). Wychodzę z tej potwornie powtórnej sytuacji w sytuację niejasną, zderzam się z brudem ulic i męskich spojrzeń. Najpewniejsze padają krzyżowo, atakują zawsze z pewnym wyprzedzeniem, wiem o nich kilka sekund wcześniej. Ten głos w moich uszach znów zaczyna mieć znaczenie. Wyobraź sobie. Ciemna uliczka, ciemna sytuacja, śmiech, jasny, wredny śmiech.
Kup sobie zapalniczkę, po co się zmagać z mokrym pudełkiem zapałek pod deszczem.
27 gru 2011
pornografia
Pornografio
czarnoksięska,
damsko-męska
kraino bezwstydnych snów,
pornografio,
czarna mapo
pełna białych plam,
to z tobą, w tobie
bez niepotrzebnych słów,
nadzwyczajnie szczęśliwie było nam.
Dziś,
gdy rozdzieliła nas
Bułgaria, Turcja, Grecja,
zostało, ach,
niewiele tak,
korespondencja:
Dziękuję za list.
Przepraszam, że nie mogę cię kochać.
Przepraszam, że dziękuję za list.
Pornografio,
kalkomanio,
miła manio,
wideo dla głodnych serc...
Pornografio,
ciepła chmuro,
chmuro, którą znam,
to z tobą, w tobie,
wśród aksamitnych wzgórz
niebotycznie szczęśliwie było nam.
Dziś
posłuszni racjom swym,
małżonkom,
sprawom,
szefom,
sięgamy po
ratunek wdów:
nocny telefon...
Dziękuję za noc.
Przepraszam, że nie mogę jej przyjąć.
Przepraszam, że dziękuję za noc.
Pornografio,
rękawiczko
fantastyczna,
zatoko łagodnych burz,
pornografio,
kameralna
scenografio ciał,
to z tobą, w tobie,
wśród niewidocznych zórz,
niewidoczne slow-foxy ktoś nam grał.
Dziś,
gdy los rozrzucił nas
jak karty albo kości,
zostało nam
niemało wszak —
dobro ludzkości...
Dziękuję za świat.
Przepraszam, że nie mogę go objąć.
Przepraszam, że dziękuję za świat.
Przepraszam, że przepraszam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)